Śmierć liberała

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością

Doktor Henryk Jassym zdjął przymglone okulary, dmuchnął na nie i przetarł chusteczką: oznaka zadowolenia. Olbrzymia sala, na wpół przedzielona drewnianą barierą i umeblowana dwiema szafami oraz stojącym na podium koślawym stołem i krzesłem, była od dawna nie opalana. Szpary podłogi wiały chłodem; przez oszronione szyby sączył się świt lutowy. Doktor Jassym czuł się w doskonałym nastroju do pracy. Właśnie przed chwilą otrzymał najświeższe dane z trupiarni. Nic ciekawego zresztą: jakieś pięć kartotek do załatwienia. Przyczyna nie podana. A więc, jak zwykle, puchlina głodowa albo tyfus. Trzeba jednak przyznać, że ta trupiarnia urzęduje, że palce lizać - doktor Henryk pokręcił z uznaniem głową. - Już o ósmej przysyłają świadectwa zgonów. W istocie, w istocie, trzeba przyznać... Dzień rozpoczyna się nie najgorzej. Zajrzał do zeszytu statystycznego, gdzie zapisywał codzienny stan ludności. Wczoraj było dziesięć tysięcy pięć, a dzisiaj - o dziwo! - równych dziesięć tysięcy. Rzadko się zdarza cyfra tak okrągła, tak przyjemna w dotyku: cztery zera i samotna jedynka. Zero jest o wiele milsze w pisaniu niż inne cyfry: cieniowany brzuszek, a w środku zakrętas. Gdyby nie początkowa jedynka, można by napisać pięć równych zer. Aż przyjemnie pomyśleć. No, ale dosyć marzeń na dzisiaj! Do roboty, do dzieła!
A pracy jest masa: zanotować świadectwa zgonu, otrzymane z trupiarni, w zeszycie pism przychodzących; wyszukać pięć kartotek i, złączywszy je spinaczami z odpowiednim dowodem śmierci, przenieść z wątlejącej szafy żywych do pęczniejącej szafy umarłych; wnet już nie starczy w niej miejsca; trzeba zawczasu za mówić drugą u stolarza. Następnie - doktor Henryk zagina palce u lewej ręki - wystosujemy trzy pisemka: pierwsze - do urzędu mieszkaniowego, by wykreślonej kartotece odebrać prawo do zajmowania lokalu; drugie - do biura pracy, aby jej nie wzywać niepotrzebnie do przymusowych robót; trzecie i ostatnie - do wydziału gospodarczego, by jej cofnąć przydział dziesięć deka chleba dziennie. Pisma powyższe zanotować w zeszycie odchodzących, wysłać przez gońca i dopilnować, dopilnować potwierdzenia odbioru. Zdarzają się bowiem przykre, choć w pewnym sensie dowcipne, wypadki: tak na przykład jeden ze zmarłych pobierał kartki chlebowe i chodził do przymusowej pracy jeszcze w dwa tygodnie po swoim wykreśleniu. Jak to się stało, nie wiadomo. Bo chleb mogła podejmować za niego rodzina; ale któż by chodził za niego na robotę? Ileż się doktor Henryk nie naszperał wtedy w przychodzących i odchodzących! Na próżno! Zmarły uniósł do grobu sekret swych pośmiertnych przydziałów! Tajemnica pozostanie nie wyjaśniona na zawsze!
No, ale dość rojeń! A więc trzy wyżej wymienione pisemka wystylizujemy, wynotujemy i wyślemy przez gońca. A potem, potem - jeśli starczy czasu - ale to tylko w ramach własnej inicjatywy i niejako bezinteresownie - przeli czymy własnoręcznie kartoteki, by się przekonać naocznie, czy ich suma rzeczywista zgadza się z podaną w zeszycie statystycznym cyfrą: robota ciężka, ale dająca niemałą satysfakcję. Bywa na przykład: - pod sam koniec liczenia - że ogarnia cię rozkoszny lęk, dreszczyk biegnie truchcikiem po plecach: plik kartotek w ręku wydaje się zbyt cienki; a nuż pomyłka. Chwila uroczej niepewności, uczucie zawieszenia, zagłuszane mamrotaniem warg i - dobijasz do celu: dziesięć tysięcy jak ulał. Pańskie oko konia tuczy!
Doktor Henryk odrywa z nerwowym pośpiechem nie zadrukowany skrawek gazety, wydobywa z kieszeni kamizelki szczyptę machorki, skręca i przylizuje. Na spiczastej jego twarzy, gdy wsysa się w trzymanego pięciu palcami papierosa, błądzi uśmiech ni to łakomstwa, ni to upojenia. Już po chwili tonie nosem w papierach. Jego olbrzymie, zgarbione plecy okrągleją jeszcze bardziej.
A to co? Józef Grad - tak - urodzony 1910 - tak - syn Leona - tak - zamieszkały przy ulicy Mydlarskiej - zmarł wczoraj dnia 16 lutego 1942 na - przyczyna nie podana.

 

Doktor Henryk chwyta pośpiesznie zeszyt pism wychodzących, kartkuje. Oczywiście, pamięć - jak zwykle - nie zawiodła. Jest. Józef Grad, urodzony, syn, zamieszkały - zmarł 14 grudnia 1941 roku, w której to sprawie prowadzono korespondencję z wydziałami gospodarczym, mieszkaniowym i pracy. Dwa razy umierać to - bardzo przepraszam. Problem jest zawiły. Możemy, co prawda, przypuścić, iż Józef Grad zmarł za pierwszym razem pozornie, aby uchylić się od przymusowej pracy, a dopiero teraz rozstał się ostatecznie ze światem. W takim jednak razie poprzednie świadectwo zgonu byłoby fałszywe. Czyżby i trupiarnia, tak - rzekłbyś - nieprzekupna, czyżby i ona zaczęła bruździć? Na kim się w takim razie oprzeć? Na przyszłość trzeba będzie posyłać gońca, aby sprawdzał ilość zwłok. Na razie jednak należy znaleźć jakieś legalne wyjście z sytuacji, gdzie na dwa dowody śmierci przypada tylko jedna kartoteka. Co począć ze zbędnym świadectwem zgonu? Niszczyć dokumentu, którego odbiór zresztą doktor Henryk potwierdził, nie można. Chyba... chyba... żeby fałszerstwo zatuszować fałszerstwem, stworzyć drugiego Józefa Grada po to, aby go natychmiast uśmiercić, wypisać fikcyjną kartotekę i doczepić do niej świadectwo zgonu. Czasy, czasy... Oszustwo trzeba pokrywać oszustwem. Doktor Henryk bierze czystą kartotekę z dolnej szuflady i za słoniwszy ją lewym ramieniem, spoglądając co chwila na drzwi, szybko wypisuje generalia. Po czym łączy ją spinaczem ze świadectwem zgonu i, podchodząc na palcach do szafy umarłych, wkłada ją do skrzynki z napisem Gl - Gz obok drugiego Józefa Grada. Potem siada i ociera pot kroplisty z czoła. Dla uspokojenia pozwala sobie na drugiego już w ciągu godziny papierosa.
Doktor Henryk - po załatwieniu pięciu zmarłych i wystosowaniu piętnastu pism do trzech wydziałów - był właśnie w trakcie przeliczania kartotek w szafie żywych i miał zamiar poślinić palec, by zakończyć drugą setkę trzeciej tysiączki, gdy usłyszał w pobliżu ciężkie i dosyć niedołężne stąpanie. Doktor Henryk bardzo nie lubił, by mu przeszkadzano w pracy. Toteż nie bez oburzenia spojrzał na postać, która - dla współczesnego czytelnika może dość dziwaczna - dla niego była jedną z najpowszedniejszych. Obuta w słomiane chodaki, odziana w przepasaną sznurem kołdrę, z oczyma zgubionymi wśród napuchłych powiek - weszła na podium w sposób dość oryginalny, podnosząc obiema rękami nogę w kolanie, po czym oparła się ciężko o stół.
- Pan sobie życzy?... - spytał doktor Henryk po chwili, doliczywszy setkę do końca i odkładając plik kartotek na bok.
- Ja sobie życzę, żeby pan doktor był łaskaw zrobić mi grzeczność.
- Jaką grzeczność? Proszę się nie zbliżać do stołu. - Doktor Henryk żył w zrozumiałym lęku przed wszami zakaźnymi.
- Wystawić mi kartkę do Arbeitsamtu, że ja żyję.
- Jak to - że pan żyje? A któż panu mówi, że pan umarł?
- Pan doktor mówi. Pan doktor wysłał przed godziną kartkę do Arbeitsamtu, żeby mnie skreślić z listy pracujących.
- A na jakie nazwisko opiewało to pismo?
- Na jakie nazwisko opie?... Nie rozumiem, panie doktorze.
- Jak się pan nazywa, pytam.
- Józef Grad.
- Co? Pan się nazywa?...
- Tak. Ja się nazywam.
- Panie, co mi pan zrobił? Przez pana fałszerstwo popełniłem, dwadzieścia lat prokurentem byłem, wszystko się co do joty zgadzało, stary Fiternik mówił: "Takiego prokurenta jak doktor Jassym to ze świecą szukać". Dzisiaj pierwszy raz w życiu przez pana fikcyjną kartotekę wystawiłem, a pan mnie chce wmówić, że pan żyje. Widzi pan, tu są dowody - doktor Henryk podbiegł do szafy zmarłych i latającymi ze wzburzenia palcami wyjął kartoteki obu Gradów. - Pierwszy raz pan umarł czternastego grudnia ubiegłego roku na tyfus, a drugi raz wczoraj, szesnastego lutego bieżącego roku - przyczyna nie podana. Dla mnie pan nie istnieje, rozumie pan? - To może ktoś inny umarł, co się tak samo nazywał?
- Nie, panie, trzeci raz pan mnie nie nabierze. Niech się pan nie opiera o stół. Jak się nazywał pański ojciec? - No, Leon.
- Właśnie. A mieszka pan?
- Przy...
- No? .
- Przy Mydlarskiej.
- No właśnie. A chce pan wmówić, że to nie pan umarł.
- Ale ja żyję.
- No, i co z tego, że pan żyje, kiedy ja dwa razy po trzy pisma wystosowałem do wydziałów, razem sześć pism, stwierdzających pańską śmierć? To się nie da cofnąć.
No, jak tak, to widzę, że już będę musiał panu doktorowi wszystko powiedzieć. Jak była rejestracja na chleb, to ja się zameldowałem dwa razy - raz z ojcem, a raz z dziećmi, żeby trochę więcej chleba dla nich wydostać. Ale potem Arbeitsamt zaczął wszystkich wołać trzy razy na tydzień do roboty, a mnie sześć razy, bo myślał, że ja jestem dwóch. No, to ja mu siałem pierwszy raz umrzeć, bo skąd ja mam siłę przez cały tydzień na Niemców ciężko pracować? A w zeszłym tygodniu tak opadłem z sił, tak opadłem, że całkiem już tych desek na budowę dźwigać nie mogłem. A jeszcze, jak mnie ten garbaty Myrdzio, pan go zna?
- Nie znam żadnego Myrdzia.
- Pan go musi znać. Ten, co dawniej kanalarzem był, na Kąpielowej mieszka, za mostem, koło rzeźni,
- Nic nie wiem o żadnym kanalarzu.
- Pan go z pewnością dobrze zna, tylko pan nie pamięta. On teraz za Volksdeutscha u Niemców służy! No, to jak on mnie tak zbił cztery dni temu, że mało trupem na miejscu nie padłem, to ja sobie myślę: wolę z głodu zdychać niż od takiego Myrdzia znosić. I umarłem drugi raz.
- A trupa skąd pan wziął?
- Ja mam takiego kuzyna, co w trupiarni wszystko może. Ale teraz się pokazuje, że źle zrobiłem, bo dziś rano mówili na mieście, że wszystkich, co nie pracują, mają brać do lagrów. Kto ich wie? Po nich wszystkiego można się spodziewać.
- Co pan wygaduje? Co to za sianie paniki? Jeszcze nikt nigdy nie wywoził ludności cywilnej do obozów. Pan tylko porządek zakłóca swoimi...
- Ja pana bardzo proszę, panie doktorze, żeby pan mnie ten jeden raz z powrotem za meldował. Przecież jesteśmy swoi. Ja nie chcę za darmo... Sprzedam coś...
Petent wpija się błagalnymi palcami w rękaw doktora Jassyma.
- Co? Mnie? Mnie pan proponuje łapówkę?
Mnie, staremu urzędnikowi firmy Fiternik i S-ka z ograniczoną odpowiedzialnością? Proszę puścić!
Doktor Henryk wyrywa rękę z uścisku petenta i z rozmachu trafia go w nie ogolony policzek. Efekt jest momentalny: i tak niezbyt pewnie trzymający się na nogach osobnik wali się jak długi z podium na podłogę. Doktor Henryk stoi zaskoczony, strzepując nerwowo lewą dłonią rękaw płaszcza, podczas gdy tamten dźwiga się powoli na rękach z podłogi. Przez chwilę spogląda milcząc na doktora Jassyma, po czym kieruje się niedołężnie ku wyjściu. W progu jeszcze raz odwraca się i kiwając głową powtarza trzykrotnie:
- Liczytrupa... liczytrupa... liczytrupa...
Doktor Henryk zdejmuje pośpiesznie płaszcz i marynarkę, zastanawia się przez chwilę i w nagłym porywie, mimo mrozu, ściąga również kamizelkę. Wszystko to wytrząsa starannie, po czym przeciera okulary i z powrotem zasiada do liczenia kartotek.

*


Mijały dni, tygodnie i miesiące, podczas których wiele się działo poza biurem ewidencji: z drzew strzelały pąki, z armat - pociski, pola wybuchały minami i zielenią. Doktor Jassym nie zasypiał zresztą również gruszek w popiele. Zbliżał się przednówek i świadectwa zgonów płynęły niewstrzymaną, iście wiosenną, powodzą. Pracy było tak dużo, iż - nie bacząc na powagę urzędu - zrzucał niejednokrotnie marynarkę i z zakasanymi rękawami koszuli przyjmował i wysyłał pisma, kreślił, notował i liczył.
Zdobycie jeszcze jednej szafy pozwoliło mu na dalsze ulepszenia: tak na przykład założył trzy nowe działy, z których pierwszy obejmował za ginionych bez wieści, drugi - wywiezionych do obozów pracy, ostatni wreszcie - przyjezdnych. Instrument jego wzbogacił się tym samym o całą gamę tonów, o możliwości nie znanych dotąd kombinacyj i połączeń. Widząc go, jak błyskawicznie wyciągał i zatrzaskiwał szuflady, jak wychwytywał i w mig przerzucał kartoteki, czyniąc na nich w locie precyzyjne signum, czuło się dojrzałego, pewnego swych środków i celów artystę.
Z biura wychodził teraz coraz później i bywało, że ogarnięty nagłym niepokojem, zawracał w pół drogi, by, przebiegłszy wyludniającymi się pod Wieczór ulicami, sprawdzić pośpiesznie hieroglificzną notatkę w jednym z zeszytów. Wówczas dopiero, uspokojony, szedł do domu na skąpą wieczerzę. Nie uszło jednak ogól nej uwadze, że - mimo oczywistego przy tak nieskazitelnej uczciwości braku jakichkolwiek bocznych dochodów - doktor Jassym przybrał w okresie tym na ciele już to na skutek siedzącego trybu życia - już to innych mniej jasnych przyczyn. Nie bez znaczenia był tu zapewne i ów, iście stoicki, spokój, z jakim przyjmował nowe, coraz sroższe zarządzenia niemieckie oraz coraz bardziej paniczne pogłoski. Gdy mówiono o przygotowującym się nakazie opuszczenia dotychczasowych mieszkań, wzruszał ramionami:
- Skąd mnie wypędzą? Z mojej subloka torskiej ciupki? Przeniosę się tutaj i jeszcze lepiej mi będzie.
I w istocie - nie czekając na odnośne rozporządzenie - doktor Jassym, wyprosiwszy w magazynie Rady składane łóżko i materac, zainstalował się w biurze i to tak niepozornie, że ani na śnie, ani na goleniu, ani na jakiejkolwiek innej czynności toaletowej żaden z współurzędników - mimo wielokrotnych usiłowań - nigdy go nie mógł przyłapać.
Raz tylko - była ciepła noc sierpniowa, mu chy, zasypiając, bzykały na suficie i ćmy tłukły się ciężko o ściany - gość nagły zastał go - nie ubranym. Był nim doktor Herbert Kirsche, nie gdyś mecenas i autor poczytnego studium o Anatolu France, obecnie prezes Rady, który wszedł do biura ewidencji na palcach i, nim przymknął drzwi, rozejrzał się kilkakrotnie po korytarzu.
- Pan... nie pracuje? - zagadnął na chybił -trafił gospodarza, który podniósłszy się z łóżka poprawiał pośpiesznie garderobę.
- Rzeczywiście, pozwoliłem sobie odłożyć resztę pracy na dzień jutrzejszy. Może pan być spokojny, panie prezesie, drobne zaległości w dziale przyjezdnych będą w najbliższym cza sie...
- O tym potem. Rozumie pan, że jeśli ja sam o tak późnej porze przyszedłem do biura, to nie po to, aby kontrolować dział przyjezdnych. Chodzi tu o spis...
- Spis robotników drzewnych dla firmy "Hoch - und Tiefbau"? Pan prezes zażądał go ode mnie dopiero dziś, czy raczej - dr Jas sym spojrzał na zegarek; było piętnaście po dwunastej - wczoraj po południu i nie zdążyłem...
- Pan pozwoli... Mam na myśli co innego...
Ach, rozumiem, spis małżeństw, które w związku z przewidywaną kontrybucją mają złożyć obrączki ślubne. Napotykam tu na pewne trudności, wynikające z nie dość ściśle określonych w pańskim zarządzeniu pojęć prawnych. Rozporządzenie to nie ustala mianowicie, czy pary, żyjące w związku rytualnym, nie przeprowadzonym w aktach stanu cywilnego, należy uważać za legalne stadła czy też za ro dzaj konkubinatu. W tym drugim wypadku nie byłyby one obowiązane do oddania obrączek, zwłaszcza że nie zawsze...
- Ależ, doktorze, nie dojdziemy nigdy do porozumienia, jeśli pan będzie mi co słowo przerywał. Nad miastem wisi, czy raczej wisiała tej nocy katastrofa, której jedynie dzięki mojej zręczności udało się częściowo zapobiec...
- Rozumiem, panie prezesie, więc ten spis?...
Nic pan nie zrozumie, póki pan nie wysłucha. O godzinie dziewiątej, kiedy zbierałem się już do domu, zajeżdża do mnie Gabriel, blady, zmieniony. Oczywiście, natychmiast wódka, zakąski. Próbuję nawiązać z nim rozmowę: nie idzie. Dopiero po piątym czy szóstym kieliszku podnosi na mnie oczy i powiada: "Rozkaz jest rozkazem". "Jaki rozkaz?" - mówię. Nie zapytałem się, oczywiście, tak bezpośrednio jak teraz, lecz: uciekłem się do pewnych dyplomatycznych chwytów, których nie będę przytaczał. "Ilu was jest?" - pyta. "Około siedmiu tysięcy". "Otóż na jutro potrzeba mi właśnie połowy, trzech tysięcy pięciuset ludzi". "W jakim celu?" - pytam - oczywiście w sposób dyplomatyczny. "Dla przesiedlenia - po wiada - jeśli pana to wyrażenie zbytnio nie razi". "Trzy tysiące pięćset ludzi do przesiedlenia! - zawołałem - Nigdy! Chyba po moim trupie"! Nie powiedziałem tego, rzecz jasna, dosłownie, ale wynikło to mniej więcej z sensu mojej wypowiedzi. "Trudno - odpowiada z wyszukaną grzecznością - jeśli pan nie może mi pomóc, to damy sobie radę sami - z tą tylko różnicą, że zginie przy tym sporo ludzi i że nie będę mógł ręczyć za niczyje bezpieczeństwo. Daję panu okazję, którą pan może przyjąć lub odrzucić". "Nie może pan jednak wymagać - mówię - abym ja, głowa tego miasta, współpracował przy jego niszczeniu". "Właśnie daję panu możność obrony jednej połowy".
Kiedy wypowiedział to słowo "obrona", zaświtał mi w głowie pewien pomysł, którego by się nie powstydzili najznakomitsi obrońcy krajowi i zagraniczni. "Bronić - powiadam - jest moim naturalnym obowiązkiem tak z racji mojej obecnej funkcji, jak i dawnego zawodu. Jeślibym już się zgodził na doręczenie panu jakiegokolwiek spisu, to mógłby on - niestety, wbrew pańskiemu żądaniu - zawierać tylko nazwiska tych ludzi, na których życiu, to jest... raczej... pozostaniu na dawnym miejscu zamieszkania szczególnie mi zależy".
No, więc on... O czym to chciałem mówić? Aha! Chciałem powiedzieć, że nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo ryzykowne były moje słowa. "Czy pan kpi ze mnie?" - zawołał. "Nie kpię - odparłem - ale wybieram jedyne wyjście, zgodne z moim stanowiskiem i godnością osobistą". I czy pan wierzy, że moja odwaga mu w końcu zaimponowała? Być może, podziałała tu również pewna swada, jaką udało mi się rozwinąć przy wyłuszczaniu kierujących mną motywów. "Niech i tak będzie! - zgodził się w końcu - jakkolwiek komplikuje pan niepotrzebnie rzecz w istocie zupełnie prostą. Będzie pan mi jednak musiał dać ludzi, którzy pójdą z policją i wskażą, kogo pan chce oszczędzić. Więc do jutra".
W ten sposób udało mi się uratować trzy tysiące pięćset ludzi od wysiedlenia.
- Mam zatem do jutra, panie prezesie, sporządzić spis ludzi nie podlegających wysiedleniu?
- Tak, do godziny siódmej.
- Niezbyt dokładnie rozumiem, na jakiej zasadzie matm się oprzeć przy...
- Na jakiej zasadzie? Pan jeszcze pyta? Rzecz jasna, że na wartości moralnej i społecznej użyteczności.
- Ależ ja nie mam takiej rubryki u siebie. Niech pan spojrzy, panie prezesie: wiek, zawód, stan cywilny, adres, ale o moralności - ani słowa. Nie mogę przecie w ciągu jednej nocy, nie posiadając żadnych danych, stworzyć nowej klasyfikacji. Chyba... chyba żeby za społecznie użyteczne uważać te zawody, które w obecnej chwili są bardziej od innych po trzebne, jak np. rzeźników, piekarzy, urzędni ków, grabarzy...
Pan się nie może wyzbyć schematów, których zawsze byłem i nadal pozostaję najzaciętszym przeciwnikiem. Szczególnie w sprawie tak poważnej jak obecna należy się wystrzegać stereotypowych formułek. Chodzi tu przecie nie o bagatelę, lecz o ocalenie trzech tysięcy pięciuset żywotów ludzkich przed wysiedleniem.
- Ależ jakże ja mogę decydować, kto nie ma być wysiedlony, kiedy nawet dziesiątej części nie znam osobiście?
- To nie jest zasadnicza trudność. Nie świę ci garnki lepią: wybierzemy tych, których mniej lub więcej znamy. Proszę wyciągnąć skrzynki. Czy te drzwi zamykają się na klucz?
Już światło elektryczne blednie i w drzewach podokiennych rozlega się świergot przedranny, podkreślający ciszę pustych ulic i różowiejących domków. Dochodzi piąta. Monotonne dyktando prezesa nabiera tempa; wieczne pióro doktora Henryka cwałuje po papierze. Lista obejmuje dotychczas zaledwie dwa tysiące pozycji. Trzeba się spieszyć. Każde dodatkowe nazwisko ratuje kogoś od zmiany adresu. Stwierdziwszy, że zbyt surową przeprowadzili poprzednio selekcję, przerzucają od nowa skrzynki, szukając jakichkolwiek, choćby raz zasłyszanych, nazwisk.
- Katzenellenbogen Maurycy, ulica Wszystkich Świętych siedemnaście? - rzuca doktor Kirsche pytająco.
- To brzmi rozwlekle - mówi spoufalony całonocną pracą doktor Henryk. - Musi pan dobierać, panie prezesie, krótsze nazwiska, na przykład Schmidt, Bąk itp. Tak czy owak nie zdołamy wypełnić kontyngentu, a taki długi zabiera miejsce, to już czas, dwóm krótkim...
Promienie wschodzącego słońca padają na papier, po którym biegnie niezmordowane pióro doktora Henryka. Brzęczenie budzących się na suficie much potężnieje, rozbrzmiewa jak wzywająca na Sąd trąba archanielska, przechodzi w warkot. Zajeżdżają. Na korytarzu słychać podkute kroki.

*


Było sobotnie popołudnie. Przez ulice, zasiane odłamkami szkła i puste, przemykał się czasem chyłkiem samotny przechodzień, by zniknąć pospiesznie w jednej z wilgotnych sieni. Z okien biura ewidencji widok otwierał się na nie ogrodzone drutami miasto, falami will i sadów odchodzące ku wieczornej rzece. Brzęczały muchy. Chwilami, jakby licząc własne parkiety, skrzypiało wyschłe drewno podłogi.
Zatopiony w gorejącym popołudniu i w rachunkach doktor Henryk wyłączał kartoteki wysiedlonych. Czuł się spokojny, prawie szczęśliwy. Świat jest piękny. Nigdy już nie będzie akcyj. Tamto - to była pomyłka, źle zrozumiane pismo z Berlina, przeoczenie w jakimś biurze. I tamci wrócą kiedyś z Ukrainy, z dalekiej Ukrainy, dokąd ich wywieziono, wrócą ogorzali od robót polnych i powiedzą: "Proszę nas zameldować!"
- Zameldować? Natychmiast! - odpowie doktor Henryk, zacierając ręce. - Kartoteki na was czekają nietknięte, ułożone alfabetycznie
w szafce z napisem U(ubersiedel). Nie spaliłem ich w piecu. Zachowałem je w najwięk szym porządeczku, abyście natychmiast po po wrocie mogli się zarejestrować. Zobaczycie, jak to u mnie idzie. Stąd wychwycić, tu wrzucić - szast! prast! - i już się jest z powrotem mię dzy żywymi. Proszę! Zaczynamy! Nie pchać się, panowie i panie! Skończyły się wojenne czasy! Kartotek starczy dla wszystkich! Jak się pan nazywa?
- Pan mnie dobrze zna! Niech pan sobie przypomni!
Doktor Henryk, który w uniesieniu ostatnie słowa wypowiedział prawie głośno, podnosi głowę. Przed nim stoi znajoma skądciś postać w słomianych chodakach. - Czemu mi pan to zrobił?
- Co? Ja? Co ja panu zrobiłem?
- Pan nie wie? Pan nie pamięta? A kto wy dał moje dzieci i mnie? Nie pan może? Pan myślał, że się pan mnie pozbędzie, ale się panu nie udało. Wyskoczyłem przez tylne drzwi i wbiegłem na stryszek...
- Ja nikogo nie wydawałem...
- Niech pan nie opowiada. Była lista czy nie była? Kto ją miał wystawić, jak nie pan?
- To było coś zupełnie innego. Tymczasowe wysiedlenie...
- Komu pan idzie opowiadać o wysiedleniu?
- Mnie? Pociągi szły na północ. My wiemy, co to znaczy...
- Ale ja tylko ratowałem. Ja spisywałem tych, których brać nie trzeba...
- A mnie - to pan nie mógł wypisać? A moich kociątek - to pan nie mógł wypisać? Co ja panu zrobiłem, że się pan uwziął mnie prześladować?
- Ale kto się na pana uwziął? Ja pana nawet nie znam. Nie wiem, jak się pan nazywa. Gdybym był pana znał, byłbym pana z pewnością wstawił.
- Pan mnie nie zna? A nie pamięta pan. Jak przychodziłem w lutym prosić, żeby mnie wciągnąć na listę żywych, a pan nie chciał...
- No, widzi pan. Wszystko się zgadza. Jak ja mogłem pana wciągnąć na listę, kiedy pan nawet w spisach ludności nie figurował, na których podstawie przecież lista była wystawiona?
A kto mnie wykreślił, jak nie pan? Pan się zaciął, żeby mnie zniszczyć za to. że się nie dość nisko kłaniam panu na ulicy.
- Czego pan chce ode mnie? Ja nawet nie pamiętam pańskiej twarzy. Mnie było wszystko jedno, kogo wybrać. Musiałem przecież kogoś wziąć, a kogoś opuścić. Ja jestem urzędnik, stary urzędnik firmy Fiternik i S-ka z ograniczo ną odpowiedzialnością...
- Niech mi pan nie opowiada, że pan nie jest odpowiedzialny. Wszyscy, co do tego rękę przykładali, są odpowiedzialni. Siebieście umieli ratować...
- A pan siebie nie ratował? Pan nie wysko czył przez tylne drzwiczki na stryszek? Sam pan nie chciał bronić swoich dzieci, a żąda pan ode mnie...
- Nie chciałem bronić? Nie chciałem bronić? Spałem w pokoju, a one spały w kuchni. To co miałem zrobić? Iść się zgłosić do Niemców, że by jeszcze jednego było mniej? Albo człowiek wie, co robi w takich razach? Patrzyłem ze stryszka, jak szły za Niemcami - cicho, grzecznie, jak do szkoły. Ona sobie zawiązywała wstążeczkę we włosach. Wszyscy jesteśmy winni. Boże, Boże miły!
W sali, pokratkowanej i ponumerowanej sali ewidencyjnego biura, rozlega się po raz pierwszy nieprzewidziany, bydlęcy ryk. Doktor Henryk zapomina strząsnąć rękę, spoczywającą na jego ramieniu...

*


Minęło kilkanaście dni, zanim doktor Henryk odczuł pierwsze bóle głowy. Opierał się im dzielnie i nawet na złość sobie, przezwyciężając wstręt, częściej niż zwykle urywał skrawek gazety i sięgał do kieszeni po szczyptę machorki. Zwalczanie jednak objawów nie było równoznaczne ze zwalczeniem zła i kiedy na jego ciele pojawiły się pierwsze czerwone plamy, doktor Henryk, chcąc nie chcąc, prawie już nie przytomny, zległ, a raczej został złożony przez współpracowników na łóżku między dwiema szafami ewidencyjnego biura. Do opieki nad nim przydzielono siostrę z miejscowego szpitala: odwiedzali go czasem znajomi. Raz nawet - był to jedenasty dzień choroby - przyszedł sam doktor Kirsche. Wbiegł do sali drobnym, ale za to dziarskim, jak zwykle, krokiem i już w progu zawołał:
- No! I cóż to pan za brewerie wyprawia? Czy tak się godzi? Nam tu robota pali się pod stopami, to jest - co ja mówię? - pod rękoma, a pan się wyleguje! No, wstawiać, wstawać, stary leniuchu!
I w przystępie żartobliwości chciał go nawet poklepać po ramieniu, tale że był to bądź co bądź tyfus plamisty, więc zreflektował się i po głaskał tylko kilkakrotnie poręcz łóżka.
- Precz! - krzyknął doktor Henryk usiłując bezskutecznie siąść w pościeli i mierząc palcem w doktora Kirschego. - Precz! Nie dotykać! Poznaję cię, szatanie! To ty w nocy wkradasz się do biura i przewracasz kartoteki do góry nogami! To ty podrzucasz zwłoki w trupiarni, żeby się nie zgadzało. Ale wczoraj miałem audiencję u Hitlera i powiedziałem mu, że tak dłużej być nie może; inaczej będzie bunt, czyli wojna. Artykuł o tym był już w ostatnim komunikacie radiowym. Sam go napisałem i wy słałem specjalnym transportem na Ukradnę. Ale ty nie jesteś godzien tego słuchać. Odejdź!
- Doktorze - prezes przysiadł na stołku opodal łóżka - pan chyba nie zdaje sobie sprawy, kto ja jestem. Doktor Kirsche, prezes Rady, pański przełożony, autor... No, niech pan sobie przypomni. Niech się pan wysili.
- Nie, ty jesteś stary, garbaty Volksdeutsch z ulicy Kąpielowej i w dodatku źle prowadzisz rachunki. Bo te rachunki robi się tak: - doktor Henryk zaczął kreślić palcem po kołdrze. - Tu dodać, tam odjąć - szast! prast! - byle było trzy tysiące pięćset.
- Chwileczkę! Więc pan twierdzi, że pan był dopuszczony na audiencję do Hitlera? Czy można wiedzieć, gdzie się ona odbyła?
- Gdzie się odbyła? To ty nie wiesz, że Hitler ma główną kwaterę na dole, w pokoju doktra Kirsehego? Ostrzegałem go, żeby do niego nie zajeżdżał, bo on go zanudzi rozmowami o literaturze niemieckiej, a jego interesuje przecież tylko literatura rosyjska, ale on się uparł, powiada: "Władza może zajeżdżać tylko do władzy". - No... tak... słusznie... Więc ja już chyba odejdę... Do widzenia, doktorze... Życzę szybkiego wyzdrowienia...
- Zaraz... chwileczkę... Pan myśli, że ja to wszystko mówię na serio? Ja tylko sobie tak popuszczam cugli, żeby było weselej - jak się nazywa? - umierać. Ja pana dobrze znam, tylko nie chce mi się w tej chwili przypominać, kto pan jesteś... Niech pan posłucha. To jest szafa. Tu wszyscy leżą ułożeni. Czekają. Chce się - do żywych, chce się - do umarłych Można wskrzeszać, można uśmiercać. Więc niech pan nie zapomni o jednej rzeczy...
- O czym?
- Żeby mnie także...
- Co żeby pana także?
- Żeby mnie także wykreślić z kartoteki...


(1) Przesiedleni