Śmierć liberała

Śmierć liberała

Doktora Herberta Kirschego znałem na długo przed wojną. W bezrobotne wakacyjne popołudnia, gdy pustka czasu staje się szczególnie uciążliwa, szedłem do jego mieszkania, położonego w najwykwintniejszej dzielnicy naszego bardzo brudnego miasta. Rolety, opuszczone jeszcze, rzucały mrok na orzechowe meble; kurz tańczył w pasemkach światła. Pachniało wilgocią, moczem, lekarstwami i stęchlizną książek. Zegar na ratuszu bił trzecią. Doktor Herbert budził się z poobiedniej drzemki, rad niezmiernie mojej wizycie, po której obiecywał sobie wiele przyjemności. Siadał pod kołdrą przygarniając kolana rękoma, potem wciągał skarpetki i pantofle na chude nogi i podbiegał truchcikiem ku oknu, by podmieść story. Z niezwykłą ostrożnością wyciągał z szafy bibliotecznej jedno ze wspaniałych wydań Velasqueza czy Breughela i w jarzącym popołudniu pogrążaliśmy się w orgii barw, ja, barbarzyńca, i on, znawca, czytelnik Baededkera, wykrzykujący raz po raz:
- Cudne! Ta kompozycja, tu... tu... tu... I te tony perłowe!
Poprawiał skośnym ruchem szyję w kołnierzyku, podnosił lewe ramię i uśmiechał się wąskimi wargami. Po czym dodawał, ile metrów długości i szerokości ma to płótno, w jakim muzeum i podczas jakiej podróży je oglądał.
Doktor Herbert miał przedstawicielstwo kultury na nasze miasteczko. Reputację tę zawdzięczał napisanej przed laty i figurującej w katalogu miejscowej biblioteki książce Anatol France, mistrz ironii, w której dowiódł niezbicie, że Anatol France jest mistrzem ironii. Sam był hymanitarystą, indywidualistą, estetą, liberałem, demokratą, słowem - człowiekiem XIX wieku. Był zresztą wszystkim, czym kulturalny mecenas być powinien: i socjalistą (choć miał zrozumienie dla endecji), i asymilantem (choć dostrzegał osiągnięcia syjonizmu), i antyfaszystą (choć cenił niemiecką sprężystość). Wreszcie - co nie jest najmniej ważne - posiadał dobrze prosperującą kancelarię i wyjeżdżał co roku za granicę, skąd przywoził zdjęcia (Dr Kirsche na Montmartrze obok Cocteau, Dr Kirsche u stóp piramid), niezliczone nalepki hotelowe na kufrach i owe tomy, które mnie do niego zwabiały.
Nieraz park lipcowy, majaczący białymi sukniami, słyszał do późna nasze rozmowy.
- Każdy nie-Żyd jest antysemitą.
Doktor Herbert, który lubił zaskakiwać paradoksami, zajął nagle, nie wiadomo czemu, stanowisko hitlerowskie.
- Ależ, panie mecenasie, pan mówi jak stara baba.
- Przepraszam... pan pozwoli... pan pozwoli... - Doktor Herbert był dotknięty śmiałością porównania. - Inność... obcość... irracjonalne pobudki...
Było już późno. Park pustoszał. Dyskusja, gmatwając się coraz bardziej, gubiła się we własnych labiryntach i nikt już nie wiedział, jakiego poprzednio bronił stanowiska. Stawa ło się nieznośnie duszno, nudno i nie wiadomo, co począć. Szliśmy do kawiarni, gdzie doktor Herbert, sącząc mazagran przez słomkę, rzucał subtelne uwagi o tańczących parach. Sam z powodu nieznacznego garbu nie tańczył i nie pamiętam, aby się kiedykolwiek kochał...

 
*

Z przyjściem Niemców doktor Herbert zgłosił się pierwszy do przymusowej pracy. Dzięki temu, po jednodniowym płukaniu garnków, zaawansował na prezesa naprędce stworzonej rady. Widywałem go odtąd rzadziej, w domu trudno go było zastać, a ja również nie miałem czasu ani swobody na oglądanie Velasqueza.
Raz jednak odwiedziłem go w domu. Przyjął mnie z otwartymi ramionami.
- Dzień dobry panu! Jak się pan miewa? Co pan porabia, a przede wszystkim, co pan czyta teraz?
Zmieszało mnie nieco to dość luźne z obecną chwilą związane pytanie.
- Tacyta, panie mecenasie.
- Ach, pan wciąż wierny klasykom. Nie obchodzi pana doczesność. A zresztą to doskonały prozaik, jak wyraził się Giraudoux. Znakomity pisarz. Świetne, bezlitosne pióro. Czy widział pan ozdobne wydanie Tacyta z tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego pierwszego roku, które przywiozłem z Rzymu?
Nie, nie oglądałem jeszcze. Ale ja do pana w sprawie prywatnej. Chodzi mi o to, czy nie zechciałby pan wciągnąć matki mojej na listę zbieraczek ziół? Słyszę, że praca ta daje gwarancję bezpieczeństwa...
- A, co do tego, to trudno, bardzo trudno. Bodajże niemożliwe. Widzi pan, jest tylko dwanaście miejsc zarezerwowanych dla rodzin członków rady. Pan sam zrozumie, że prawnie one mają pierwszeństwo.
- A może jednak?...
- Nnnie, raczej nie. Zresztą pomyślimy. Jeśli okaże się miejsce wolne, to owszem, owszem. Ale, a propos, co pan sądzi o Paul Moramdzie?
- Doskonały prozaik, jak się wyraził Giraudoux. Znakomity pisarz. Świetne, bezlitosne pióro. Tak, tak, widziałem to wydanie Moranda, które pan przywiózł z Paryża. Ale ja, niestety, już muszę odejść, panie mecenasie.
Czemu tak szybko? Niech pan odwiedza mnie częściej: pomówimy o literaturze, o sztuce. Pan wie, te obowiązki społeczne - to męczy, to odrywa. Ale trudno, trzeba je wykonywać do ostatka. I wie pan, co mi nasz SS-Hauptscharfiihrer Gabriel niedawno powie dział: "Sie sind der einzige Mensch in der Stadt, mit dem ich mich iiberhaupt unterhalten kann" ( 1 ). Dyskutowałem z nim ostatnio o nietzscheanizmie. Co za kulturalny, mało, co za głęboki człowiek. Jakkolwiek przekonany hitlerowiec. Ale przekonania polityczne i kultura - to dwie odrębne rzeczy. On zresztą sam boleje nad tym, co musi robić. Ach! Ci Niemcy! Że też oni mogli tak nisko upaść! Ktoś nazwał ich narodem filozofów i feldfebli. Jakie to słuszne, prawda?
W wyniku tej wizyty matka moja dostała się wreszcie na listę zbieraczek ziół, co zresztą dawało dokładnie tyleż gwarancyj, ile każda inna praca, to znaczy żadnych. Mimo to żywiłem pewną wdzięczność dla doktora Herberta i odwiedzałem go odtąd niekiedy w biurze z ubocznym celem zasięgnięcia informacji, według których regulował się puls naszego życia.
Było to po lutowej akcji więziennej. Gestapowcy, zastrzeliwszy czterystu więźniów i zjadłszy wystawną kolację w gmachu rady, właśnie odjechali.
W przedpokoju sekretarki wyjadały resztki pozostałych z uczty ciastek i przechylały dnem do góry kieliszki. W drzwiach biura prezydialnego, otwartych na oścież, kupiły się gromady ludzi, zaglądających ciekawie do wnętrza, podczas gdy doktor Herbert z żyłami napęczniałymi na skroni, ze zlepionymi włosami biegał tam i nazad po pokoju machając rękoma i krzycząc.
- Może pan prezes zechce wysłuchać dzisiej szego komunikatu. Świeżo z radia - usłyszałem jakiś głos perswazji.
-Do... z waszymi komunikatami. Co one komu dobrego przyniosły? Komu życie uratowały? Ja, ja sam - dzisiaj - ocaliłem was wszystkich. Czy pan wie, co by się było stało, gdyby nie moja rozmowa z Gabrielem?
- I cóż? Co powiedział?
- Z początku był wściekły. Stał z głową opartą na ręce przy oknie i tylko rzadko odwracał się, by pociągnąć z kieliszka. Dopiero, kiedy nawiązałem z nim rozmowę o Goethem, uspokoił się trochę. On jest niezłym człowiekiem i boleje nad tym, co musi robić, ale wierzcie mi, że kiedy raz zaczęło się strzelać, to póź niej trudno się powstrzymać. Nastrój jego polepszył się do tego stopnia, że nawet pod koniec powiedział mi: "Mam specjalne rozporzą dzenie z Berlina..."
- No, no - rozległy się chciwe głosy.
- "Mam specjalne rozporządzenie z Berlina, aby akcje przeprowadzać nie, jak dotychczas. bez różnic, lecz według pewnej zasady: tępić element niespołeczny, innych zaś użyć do pracy".
Tłum słuchał z zapartym tchem.
Doktor Herbert podniósł palec wskazujący.
- "Ponieważ miasto, na czele którego pan stoi, wywiązało się znakomicie ze wszystkich postawionych mu zadań, pan zaś sam jest, mimo niższego pochodzenia, człowiekiem, którego kulturę umiem ocenić, więc uważam za swój obowiązek zapewnić pana, że póki ja tu jestem, włos wam z głowy nie spadnie. Będziemy pracować nie tylko ramię przy ramieniu, ale i serce przy sercu". I uścisnął mi rękę.
Doktor Herbert był szczerze wzruszany. Głos drżał mu i załamywał się.
- A pańskiej siostrze - zwrócił się z nagłą wściekłością do stojącego obok milicjanta - każę dać dwadzieścia pięć po... jeśli będzie otwierać drzwi podczas ich obecności. To ładnie wygląda !
Trzeba przyznać, że zachowanie doktora Herberta, zarówno jak grube słowa, których użył, nie licowało ze zwyczajną jego powściągliwością. Była to jedna z owych niekonsekwencyj natury ludzkiej, za które tylko ona sama, a nie opowiadacz, ponosi odpowiedzialność. Przyczyną zaś - jak okazało się później - było zażycie pervitiny, środka podniecającego, od którego odymały się zwykle kieszenie gestapowców, a którym w przystępie dobrego humoru poczęstowali prezesa.
W dwa dni później Gabriel przeprowadził w naszym mieście akcję, podczas której zastrzelił ośmiuset ludzi.

*


Zbliżała się wiosna, a z nią życie nasze ku końcowi. Na wpół rozwalone domy stały puste, a ludzie ze śmiechem i hałasem rozbierali je na paliwo. Dziewczęta w marcowym słońcu kopały motykami ziemię, sadziły kartofle, które miały dojrzeć w jesieni. Czasem śpiewały:

  Minie jesień, przyjdzie wiosna, Będzie na nas trawa rosła.  

Czasem podnosiły kędzierzawe głowy od pracy i oglądały się na druty, gdzie w dwuszeregu, po obu stronach, stali ludzie, jedni z naczyniami, pościelą, odzieżą, drudzy z koszykami lub portfelami w rękach.
- Gosposiu, gosposiu, kupcie pierzynę!
- A ile chce pani za ten łach?
- Tylko dwieście pięćdziesiąt złotych za ten nowiuteńki kawałek.
- O! Mój szwagier taką samą - tylko wsyp był lepszy - kupił na tamtej niedzieli za sto pięćdziesiąt złotych.
- Niech pani tylko popatrzy, jaka podszewka, koronkowa, bielutka. Nie mogę dać taniej niż za dwieście.
- I po co wam tyle pieniędzy? Do jamy z sobą weźmiecie czy co?
- Jama - jamą, a żyć trzeba, trzeba żyć, kochana pani. Dziecko mi już od tygodnia mleka nie widziało.
- No, to ja dam sto pięćdziesiąt złotych i litr mleka.
- Niech będzie po waszemu. Garnczek zaraz odniosę.
I pierzyna wędrowała ponad drutami.
Dziewczęta patrzą, czy po tamtej stronie drutów nie widać jakiegoś kawalera. Może zlituje się, weźmie. Chłopcom zawsze lepiej, mogą sobie poradzić, a im tylko to wyjście pozostało .
- Ty masz już kogoś - mówią do koleżanek - może i mnie nastręczysz. Może twój ma przyjaciela...
Kartofle mokną w pulchnej ziemi, pęcznieją, kiełkują i już pędy zielone rwą się ku słońcu. I w ludziach coś kiełkuje, coś rwie się ku słońcu, ku życiu. Woźnice, tragarze, nosiwody, bez żon już, bez dzieci, samotni, wyprostowują zgarbione plecy. Wiosna! Szerokie pola! Świat! "Ja znam wszystkie drogi w Karpatach." "A ja pochodzę ze wsi". "A ja byłem leśnym robotnikiem". Na nocnych konwentyklach radzono o broni, o pieniądzach. Ukraść, zrabować. Rozpoczęły się grabieże. Pojawiły się pierwsze rewolwery. Coraz częściej słychać było ponocne strzały. Robiło się gorąco.
Aż trafiła się owa okazja, jedyna, niepowtarzalna. Komuś są potrzebne pieniądze. Ktoś chce sprzedać dziesięć karabinów ze stu nabojami za dziesięć tysięcy złotych. Ktoś wyjeżdża za trzy dni. Na jednym z nocnych zgromadzeń postanowiono ograbić radę. Miały tam być złote dolary, zebrane z okupów. Spojono milicjantów. Otworzono drzwi kasy ogniotrwałej dorobionym kluczem. Lecz kasa świeciła pustkami. Sprytni rajcy w przewidywaniu zamachu ukryli pieniądze nie w kasie, lecz w niewiadomym schowku. Wzięto jako nagrodę pocieszenia dwie maszyny do pisania, rzecz kłopotliwą, lecz - bądź co bądź - towar.
W dwa dni później otrzymałem pisany w braku maszyny atramentem list następujący:

  Szanowny Panie! W związku z popełnioną przez Pana i Pańskich wspólników kradzieżą wzywa się Pana do natychmiastowego zwrotu maszyn, względnie do uiszczenia 10.000 (słownie: dziesięciu tysięcy) złotych tytułem odszkodowania.
W przeciwnym razie sprawa zostanie oddana w ręce Kripo.
 
  Prezes Rady
m. p. dr Herbert Kirsche.
 


Prawdę powiedziawszy, groźba ta niezbyt mnie przerażała. Byłem tak czy owak skazany na śmierć za to, czym byłem, nie za to, co zrobiłem. Przestępstwo kryminalne, popełnio ne przeze mnie, nie mogło niczego zmienić w oczekującym mnie losie. Poza tym sypiałem już wówczas po stodołach, komorach, śmietnikach i adres mój był nieuchwytny. Ponieważ jednak odpowiedzialność mogła spaść na rodzinę, udałem się do gmachu rady. Urzędnicy, dawni moi znajomi, odwracali głowy lub patrząc w twarz nie poznawali.
- Proszę pana - przywitał mnie doktor Herbert surowym tonem sędziego śledczego. - Proszę się nie wypierać. Mamy swoich ludzi i wśród was. Wiemy dokładnie, kto brał udział w waszym chwalebnym wyczynie. Nie chcę zresztą wchodzić w te sprawy; nie wolno mi o nich nic wiedzieć. Nie mam też zamiaru wam szkodzić. Maszyny nam są jednak potrzebne. Bez nich nie możemy urzędować. Musimy je mieć z powrotem.
- Maszyn tych już nie mam - odparłem.
- W takim razie proszę je odkupić lub złożyć dziesięć tysięcy złotych.
- Pieniędzy też nie mam.
- Pan nie ma pieniędzy? Ale pan potrafił ukryć swoją siostrę, co zapewne nie było za darmo.
- Dla mnie życie siostry jest ważniejsze niż wasze urzędowanie.
- A dla mnie, proszę pana - i dziwię się, że pan, człowiek inteligentny, tego nie rozumie - dobro społeczne jest ważniejsze niż wszystko. Te lata nauczyły mnie jednego: inna jest filozofia tego, który rządzi, a inna tego, którym rządzą. Rządzony widzi tylko interes własny, rządzący interes ogółu.
Doktor Herbert próbował mnie wciągnąć w dawny pojedynek intelektualny.
- Nie wiem, jaka jest filozofia władzy. Czy pan myśli długo jeszcze pisać na tych maszynach?
- Długo czy krótko - praca musi trwać, obowiązek należy wykonywać do końca. Pieniądze muszą być zwrócone. W przeciwnym razie, pan mnie rozumie...
Obejrzałem się. U drzwi stali milicjanci.
- Dobrze, panie prezesie. Pieniądze będą zwrócone. Pan pojmie jednak, że sam nie dysponuję taką sumą i muszę ją zebrać wśród kolegów czy - jak pan woli - wspólników.
- O, tak. Wśród tych woźniców, tragarzy and company. A zresztą dobrze. Ma pan trzy dni czasu.
Wstałem.
- Do widzenia, panie prezesie.
- Do widzenia. Chwileczkę - głos doktora Herberta zmiękł. Próbował się uśmiechnąć wąskimi wargami. - Czy pan czyta teraz cokolwiek?
- Owszem, czytam IX księgę Odysei. Pan zna tę historię: Odyseusz wraz z towarzyszami dostaje się do pieczary ludożercy Polifema. Chcąc zaskarbić sobie jego względy, ofiarowuje mu bukłak z samijskim winem. Cyklop upija się i w przystępie dobrego humoru obiecuje Odyseuszowi, że w nagrodę za ten boski napój zje go na samym końcu. To właśnie czytam teraz. Do widzenia.
Jeszcze tego samego wieczoru dr Herbert, stojąc na schodach rady, przemawiał do tłumu:
- Dzięki mojej zręczności... sam widziałem pismo z Berlina... sytuacja jest poważna, choć nie beznadziejna... trzeba pieniędzy...
Tłum słuchał z zapartym tchem.
Na drugi dzień już nie żył. Padł na zwale trupów, ostatni z miasta. Może, siadając w krwawej, drgającej jamie, przygarnął zwykłym ruchem chude kolana i poprawiał szyję w nie istniejącym już kołnierzyku w chwili, gdy kula Gabriela uderzyła go w kark.


(1) Jest pan jedynym człowiekiem w mieście, z którym w ogóle mogę rozmawiać.