Śmierć liberała

Radio
Przed siódmą godziną radio zaczynało grać w sąsiednim pokoju. Ileż to razy błagał matkę, aby nie otwierała go, jeśliby wrócił do domu po północy. Bezskutecznie! Nie spała od świtu, paliła papierosa za papierosem i czekała. Dopiero na dziesiątą umówiła się z tym przystojnym urzędnikiem ze starostwa, który przyrzekł wystarać się jej o koncesję tytoniową. Rzeczywiście, nie miała co począć z wolnym czasem. Czernienie włosów mogło - przy najlepszych chęciach - zająć co najwyżej godzinkę, a co dalej? Ten codzienny problem rozwiązał dopiero pięciolampowy odbiornik, który jej podarował na imieniny kapitan - taki miły - z przeciwka. Nic dziwnego, że spoglądając raz po raz na leżący na nocnym stoliku zegarek, czekała niecierpliwie chwili, gdy usłyszy znajomy, przyjemny baryton: "Tu radio Warszawa i wszystkie rozgłośnie polskie! Nadajemy koncert muzyki tanecznej z płyt gramofonowych. Usłyszą państwo tango Habanera w wykonaniu orkiestry B-ci Jabłkowskich". Przy pierwszych dźwiękach Romek budził się: w ustach miał smak wczorajszych papierosów i fajek, podniebienie twarde i zeschłe.
- Trochę snu! - krzyczał.
Ale radio grało coraz zapamiętalej.
- Trochę snu! - powtarzał głośniej.
Wzmożony ryk radia.
Irytacja, wywołana obojętnością drugiego pokoju, starczyła, aby przepędzić resztki senności. Poza tym - muzyka zaczynała przenikać w jego myśli. Przez chwilę leżał z wpółprzymkniętymi oczyma, przypominając wczorajszy wieczór. To samo tango tańczył z Dzidką, córką miejscowego aptekarza. Podszedł do stolika, przy którym siedziała z koleżanką Irką i z podporucznikiem, jej narzeczonym, i powiedział: "Czy mogę prosić?" Tańczyła tak miękko, upajająco. To właśnie szepnął jej na ucho w chwili, gdy w natłoku przyciskał ją mocniej do siebie. "Pani tańczy upa-jają-co!" Uśmiechnęła się powłóczyście i nic nie odpowiedziała. Ileż wymownych niedomówień kryło się w tym uśmiechu i za tym milczeniem! A potem, pod sam koniec, gdy już większość gości odpłynęła pozostawiając na placu przewrócone krzesła, poplamione obrusy i syczące lampy, odtańczył z nią solo oberka wśród oklasków i przytupywań publiczności. Potem samotny powrót do domu: na ulicy turkot wozów i bulgot mleka w blaszankach. Byłby odprowadził Dzidkę - mieszkała niedaleko - gdyby nie Irka, której kpiny i złośliwe żółte spojrzenie wytrącało go zawsze z równowagi. Co za diablica! Postanowił zemścić się w jakikolwiek sposób i miał już w odwodzie pierwsze dwie linie satyrycznego wiersza:
  Na co tu satyra? Wystarczy satyrka.
To nie wielka Ira, lecz nieznaczna Irka.

Jaka szkoda, że ta Irka nie jest kimś znanym, na przykład gwiazdą filmową albo sceniczną! Można by wówczas wiersz ten zamieścić w gazecie albo nawet wysłać do radia. A tak... Cały trud pójdzie na marne, wiersz pozostanie jego prywatną dumą; najwyżej wyśle go anonimowo pod jej adresem. Oto skutki przestawania z ludźmi, nie znanymi w szerszym świecie!
A przeklęte radio wciąż gra! "Trochę snu" - krzyczy, ale tylko pro forma, bo wie, że - tak czy owak - już nie zaśnie. Z drugiego pokoju dochodzi głos matki:
- Nie będzie nieszczęścia, jak raz wstaniesz trochę wcześniej. O dziewiątej przyjdzie Pugu i wtedy się zaczniesz ubierać, co? A do nauki weźmiecie się przed obiadem, kiedy on będzie już musiał odejść, co? Trochę systemu mógłbyś był po twoim pradziadku odziedziczyć...

 

- Pugu przychodzi dopiero o dziesiątej.
- Sam mówiłeś, że o dziewiątej.
- O dziesiątej i nie wtrącaj się do nie swoich spraw.
- Ach! do nie swoich spraw? A utrzymywać cię - to moja sprawa? A taksę za ciebie płacić - to moja sprawa? A utrzymywać cię przez pięć lat koncypientury - to będzie moja sprawa?
- Zawsze mi musisz wypomnieć ten kawałek chleba!
- Z masłem i z szynką!
- Radziłbym przestać, bo jak mnie rozzłościsz, to rzucę wszystko i wyjadę...
- Wyjedziesz! Wyjedziesz! Ciekawa jestem, dokąd wyjedziesz... Mało was, inżynierów świeżego powietrza, się pęta. Już cię szukają...
- Abyś wiedziała, że szukają! Do radia pójdę, piosenki będę pisał, a od ciebie kawałka chleba nie wezmę...
- Piosenki będzie pisał! Zwariował chłopczysko do reszty! - wzdycha matka.
- Nie wezmę, nie wezmę, nie wezmę - powtarza Romek rozjuszony, zrywa się z łóżka i gwałtownym ruchem podciąga storę. Strumień świeżego powietrza zalewa pokój, blask słoneczny wydobywa z ciemności nie zasłane łóżko i parę książek, rozrzuconych na podłodze: podręcznik brydża i kilka samouczków języka francuskiego. Że też każdy dzień musi się zacząć awanturą! Ale o co poszło? O co właściwie poszło? Nie może sobie przypomnieć. Muzyka, owszem, całkiem niczego. Grają właśnie slowfoxa "Jesień. Wyzłaca liście wrzesień". Romek, pląsając, naciąga spodnie, posuwiście podchodzi do umywalni, prostuje swą niewielką figurkę, wyciska wągry i komponuje starannie przedziałek na głowie, podczas gdy matka woła:
- No, chodźże, chodź! Kawa stygnie.
Naładowany potencją tańca Romek przechodzi do jadalni i popijając kawę stuka łyżeczką do taktu o blat stołu.
Właśnie Romek zajęty jest wyjadaniem pozostałego na dnie filiżanki cukru, matka zaś w sąsiednim pokoju toaletą, gdy rozlega się stukanie do drzwi. Dawniejszy kolega gimnazjalny, obecnie zaś uniwersytecki Romka, Pugu (zwany tak od czasu, gdy, jeszcze jako piątoklasista, czytając na lekcji Sienkiewiczowskie "Pugu, pugu, Kozak z Ługu", przerwał nagle bas recytacji niespodziewanym dyszkantem) przechodzi po dziś dzień mutację głosu, lecz nigdy - przekonań. Jest bowiem od lat żarliwym komunistą, co go naraża na docinki satyrycznego Romka, który, ilekroć go spotka wieczorem w kawiarni, wita go ustalonym już okrzykiem:
- Jak to? Czyżby szanowny kolega - wbrew wskazaniom Marksa, zawartym w kapitalnym dziele "Kapitał" (tom III, str. 538) - zaniedbywał pod wieczór walki klasowej?
Również i tym razem rzuca mu na wstępie:
- Witaj, ozdobo marksistów! Jakżeż ze zbawieniem świata? Zali postępuje naprzód? Zali weszliśmy już w dalszą fazę rozwoju dialektycznego?
- Nie wejdziemy - odpowiada Pugu - póki nie zlikwidujemy resztek mieszczaństwa, reprezentowanych przez obecnego w tym pokoju zgniłka.
Ton Pugu jest dobroduszny; mimo swych kpin Romek uchodzi za lewicowca. Kpi bowiem również i z rządu, a w niedzielę przed południem - zamiast na mszę - udaje się do budki pobliskiego fotografa, gdzie obydwaj w najściślejszym odosobnieniu rżną do obiadu w sześćdziesiąt sześć.
- O, gdybym kiedy dożył tej pociechy - nie ustaje Romek - abym ujrzał cię prowadzącego lud na barykady przy dźwiękach Międzynarodówki...
Słowa te - nie wiadomo czemu - dotykają Pugu do żywego. Jego krótka i jakby przypłaszczona twarz blednie i czerwienieje na przemian.
- Powiedz mi |- piszczy w ostrym przypadku mutacji - o co ci właściwie chodzi. W imię czego ty właściwie kpisz? Gdybyś chociaż był faszystą! Ale nie jesteś! Co daje ci prawo, gogusiowi jednemu i obibrukowi...
Przez okno dochodzi świergot ptaków, słoneczniki zaglądają ciekawie do wnętrza. Zirytowana hałasem matka wychodzi, trzaskając drzwiami. Łopocą wzdęte przeciągiem firanki. Radio gra nieustannie. Nabijając pożółkłymi palcami fajeczkę Romek spogląda w okno i pogwizduje.
- Powiedz mi - rzuca nagle .- czy chciałbyś być damską puderniczką?

*

Jakkolwiek miasto, gdzie przebywał Romek, oddalone o dziesiątki kilometrów od głównych linijkomunikacyjnych, nie uległo zbombardowaniu, on zaś sam do wojska powołany nie został, niemniejwybuch wojny spowodował w jego życiu poważne zmiany. Radio nadawało w tym okresie znacznie mniej,niż zwykle, muzyki tanecznej; również i Dzidka wyjechała wraz z rodzicami; toteż nie tylkoniedzielne przedpołudnia, ale i dnie całe spędzał teraz u fotografa, który - nie nawiedzany jużprzez pary nowożeńców w sztywnych kołnierzach i w welonach z mirtem - dysponował nadmiaremwolnego czasu.
Zamknięci w ciasnej klitce, trawili długie godziny na grze - nie w sześćdziesiąt sześć już - leczw oczko, którego awanturniczy charakter bardziej odpowiadał bohaterskiemu duchowi czasów. Podwieczór, mając wypieki na policzkach, a w oczach kołujące damy i walety, obliczali skrupulatniekasę, kłócąc się przy tym zawzięcie, po czym zjadłszy kolację włazili na wiszące pod sufitemłóżko, by niebawem zapaść w twardy, nieprzenikniony sen.
W domu Romka panował w tych dniach rozgardiasz nieopisany: kapitan z przeciwka wyjechał, urzędnikze starostwa również, matka płakała, tymczasem w sąsiedniej rafinerii pękł zbiornik spirytusu,więc otarłszy łzy biegła na miejsce wypadku, zapełniając wódką nie tylko beczki, stągwie idzbany, ale nawet garnki i filiżanki. To wszystko przekraczało nerwową wytrzymałość Romka. Toteż do domu wolał nie wracać, mieszkając, jedząc i dzieląc łoże z fotografem.
Był właśnie jasny poranek wrześniowy, słońce wschodziło w szybach przeciwległych kamienic i Romekprzygotowywał się do ostatecznego zamachu na bardzo wysoki już w tej chwili bank fotografa, gdyten, wyglądając przez otwarte na oścież okno, zawołał:
- Popatrz! A to ci maszkara! Naprzeciw, rozkraczony na motocyklu, stał człowiek w sinym mundurze, w hełmie i w okularach cyklisty, który, rozglądając się po obumarłymplacu, wyjął z plecaka kurze udko i począł je gruntownie obgryzać.
- Niemiec - ani chybi - rzekł Romek. - Czekaj, masz czas do niego. Jeszcze nieraz będziesz się mógł tym idiotom napatrzeć. No, dajesz bank czy nie dajesz?
Fotograf westchnął i, odwróciwszy się od okna, wyrzucił pierwszą kartę. W obawie przedzapeszeniem Romek przesuwał ją z wolna po brzeżku stołu, aż wreszcie odkrył.
- Elf ohne! - zawołał na widok asa, uradowany. - Va banąue! Prędzej, druga!
W tej chwili drzwi otworzyły się i ktoś, barczysty i rosły, stając na progu, zapytał:
- Der Weg zur Kreishauptmatnnsehaift? (1)
Pobladłszy, fotograf wpół uniósł się z krzesła z kartą gotową do rzutu, którego oczekiwał wnapięciu nie zwracający na nic uwagi Romek.
- Steh auf, wenn ich hineinkomme, du Dreckpole (2) - zawołał gardłowy głos i orękawiczona dłońznalazła się nagle na policzku naszego bohatera.
Zerwał się. Język niemiecki znał nieco: pradziad był Niemcem przecie, no i szkoła.
- Der Weg zur Kreishauptmannschaft - erste Strasse links (3) - wybełkotał.
Niemiec wyszedł trzasnąwszy drzwiami.
- To ci... to ci... faceci nie mają poczucia humoru - mruknął Romek, zdegustowany, biorącjedną ręką kartę, a drugą rozcierając obolały policzek.

*

Pierwsze miesiące okupacji minęły dla Romka jak z bicza trząsł. Zapasy napojów wyskokowych w beczkach i wiadrach okazały się nader obfite i przez dom pociekły dwa odwrotne strumienie: jeden - wódki, skierowany na zewnątrz, drugi - dośrodkowy, niosący chłopskie kaczki i gęsi, które z kwakaniem i gęganiem płynęły beztrosko ku śmierci. Wszystko jednak, co piękne, ma swój koniec: to ulubione powiedzenie naszego bohatera sprawdziło się tym razem na nim samym. Z wiosną bowiem tysiąc dziewięćset czterdziestego roku dwukierunkowy ten potok, zamiast wezbrać, wysechł. Że zaś zarówno kapitan, jak i urzędnik starostwa nie powrócili, a o nowych, równie życzliwych znajomych w tych zmaterializowanych czasach i marzyć nie było można, więc chcąc nie chcąc Romek przystąpił do pracy w nadleśnictwie (obecnie Oberfoersterei). Objęcie tej posady umożliwił mu nowy ich lokator, urzędnik niemiecki i Austriak z pochodzenia, który jeszcze jesienią tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku podnajął paradny pokój ich mieszkania. Jakkolwiek znacznie mniej szczodry od poprzednich znajomych, miał i on swoje zalety: jako Reichsdeutscher dawał pewne gwarancje bezpieczeństwa i nawet uchronił radio przed rekwizycją, przepisując je - po dokonaniu fikcyjnego aktu kupna - na swoje nazwisko. Wreszcie - co najważniejsza - był w ciągłych rozjazdach, tak że korzystając z jego półmiesięcznej nieraz nieobecności i z zaufania, z jakim, wyjeżdżając, zawieszał klucz na kołku i uprzedzał o prawdopodobnym terminie swego powrotu, Romek mógł - najpierw bojaźliwie, później z coraz większą pewnością - zachodzić do jego pokoju, słuchaćm muzyki i nabijać fajeczkę jego mocno opiumowanym tytoniem, za którym przepadał.
Z pracy wywiązywał się - ku ogólnemu zdumieniu - nad podziw dobrze. Potrafił spędzać długie godziny za biurkiem, rysując kobiece nóżki lub podpisując się nieskończoną ilość razy - z zakrętasami lub bez. Ilekroć zjawiał się u niego zgarbiony chłopina w podartej sukmanie, aby usiadłszy na brzeżku krzesła i drapiąc się pełną dłonią po karku, poprosić o pozwolenie na wyrąb drzewa, Romek, pykając fajeczkę, wdawał się z nim w długi i pełen łaskawości dyskurs o gospodarstwie leśnym, o wyższości dębiny nad brzeziną (które to rodzaje drzew znał ze statystyki), o kubometrach, festmetrach i sągach, aż zdziwiony tylą uczoności chłopina zapomniał o celu swej wizyty. Kiedy jednak - z właściwym temu rodzajowi ludzi brakiem taktu i natręctwem - wracał wreszcie do tematu ze słowami: "A, ponie, jakżeż będzie z tom kartkom, z becuchszajnem niby to?" Romek, z lekka zniecierpliwiony i dłubiąc zapałką w zębach, odpowiadał:
- Przyjdziecie za trzy tygodnie, to zobaczymy. Postaramy się, postaramy...
Na skutek tych sukcesów pozycja jego w domu urosła do tego stopnia, że matka, której oddawał część swej pensji, starała się - o ile możliwe - schodzić mu z oczu, znikać na dłuższe pogawędki u sąsiadów lub nawet |wyjeżdżać do krewnych. W mieszkaniu niewiele się zmieniło. Na podłodze po staremu walały się książki; zamiast jednak podręczników francuskiego były to teraz samouczki niemieckie. Zmieniło się natomiast sąsiedztwo. Do opróżnionego przez kapitana lokalu wprowadził się latem tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku Niemiec, wysoki urzędnik starostwa, w sztywnym kołnierzu i z monoklem w oku - wraz z żoną, którą Romek widywał stale przez okno robiącą na drutach i z córką, smukłą blondynką o twardych, niebieskich oczach i z wichrowatym puklem, opadającym na lewy policzek. Matka nazywała ją Helmą. Wskutek tego Romek stracił zainteresowanie dla Dzidki i przesiadywał coraz częściej przed lustrem, komponując staranniej niż zwykle przedziałek i wyciskając wągry co do jednego. W tym okresie zapuścił sobie również wąsiki. Co więcej, wynalazł dla swych uczuć nowy sposób sygnalizacji: ilekroć w przeciwległym mieszkaniu rozlegało się radio, szedł do pokoju Austriaka i nastawiał swoje, tak że z obu Okien wzbijała się równocześnie w niebo melodia Stolza lub Straussa, muzyka złączonych serc. Bywało, co prawda, że Helma podbiegała do aparatu i zamykała go gwałtownie; wówczas jednak Romek czynił momentalnie to samo, zastępując dotychczasowy zgodny dwugłos serc - równie zgodnym dwumilczeniem.
Mimo wielokrotnych usiłowań nie udawało się jednak Romkowi nawiązać osobistej znajomości z Helmą.
Przechodziła ulicą milcząca i wyniosła w cieniu rozłożystej matki. Jedynym i - zważywszy temperaturę jego uczuć - dawno już niedostatecznym sposobem konkurów pozostawało radio. Lecz i temu środkowi serdecznej komunikacji zagroziło w pewnej chwili przerwanie. Jesienią tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku - Matka była, jak zwykle, nieobecna, Romek zaś, siedząc przy aparacie, próbował bezskutecznie uchwycić falę eteru, dolatującą z drugiego okna tryumfalnym walcem, gdy u wejścia rozległo się stukanie. Zakręciwszy pośpiesznie gałkę Romek wybiegł do przedsionka i otworzył drzwi dwu niemieckim urzędnikom.
- Pan jeszcze przed chwilą grał na radio - rzekł jeden z nich po polsku. - Czy panu jest rozporządzenie starosty powiatowego z roku tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego o oddaniu aparatów radiowych wiadome?
- Aparat nie należy do mnie - odpowiedział uśmiechając się Romek - lecz do naszego lokatora, Reichsdeutscha, który jest chwilowo nieobecny. Proszę, oto dowody - i wyjął z szuflady książkę meldunkową oraz dokument sprzedaży.
- Nie ciekawi mnie - odparł Niemiec, nie patrząc na podsuwane mu papiery. - Ja się ale pytam, czy pan przed chwilą na radio grał, czy nie?
- No tak... ale... panowie rozumieją... lokator... swój człowiek... Może panowie raczą usiąść? Wódeczki? Papierosika? Mam pierwszorzędny koniak, podbity jajami.
- Dziękujemy pięknie. Nie chcemy pańskiej gościnności nadużyć. Czy możemy ale wiedzieć, dlaczego, znając pełny tekst rozporządzenia starosty powiatowego o surowym zakazie słuchania wiadomości radiowych przez ludność nieniemiecką, pan do tego rozporządzenia zastosować się nie chciał? Czy pan jest przewinienia, które pan przez to popełnił, i kary, której pan podlega, świadomy?
- Przepraszam panów najmocniej, ale ja to rozporządzenie rozumiałem w nieco innym sensie.
Sądziłem, że jeśli lokator... Jestem urzędnikiem niemieckim. Pracuję w nadleśnictwie, Oberfoersterei.
- Nieznajomość przepisu prawnego nie usprawiedliwia uchylenia się od niego. Pan, jakkolwiek urzędnik nadleśnictwa, jest Polak i - jako talki - ogólnie obowiązującym przepisom o oddaniu aparatów i o surowym zakazie słuchania wiadomości radiowych przez ludność nieniemiecką podległy. "Helma... radio mi zabiorą..." - przeleciało przez głowę Romka, który pośpiesznie wypalił:
- Tak, ale mój pradziad był Niemcem.
- Ach, tak - rzekł urzędnik, robiąc jakiś znaczek w papierach. - Ach, tak. Czy pan jest na listę narodowości niemieckiej zapisany?
- Nnnnie... to znaczy... miałem zamiar, ale nie zdążyłem. Te zajęcia... Człowiek pracuje, ile sił dla zwycięstwa, dla dobra Fiihrera i narodu.
- To jest poważne zaniedbanie. Będzie pan musiał jutro do niemieckiego punktu zbornego między godziną dziesiątą a dwunastą się zgłosić, aby formalności związane z pańską przynależnością narodową wypełnić. - Niemiec przyłożył rękę do daszka. Od jutra będziemy się inaczej pozdrawiać.A na razie: do widzenia.
- Ha, to ci przeprawa - westchnął Romek, gdy drzwi się za nimi zamknęły. - Z tą Vblkslistą to, w istocie, wpadunek. I co ja tam będę robić między tymi Volksdeutschami? Maszerować do taktu? Śpiewać? Mein Kampfj czytać? Nie miała baba kłopotu... Ha, trudno. Grunt się tylko nie przejmować. I zapaliwszy fajeczkę, wyciągnął się na sofie przeglądając najświeższy numer "Illustrierte Blatter".

*

Przyjęcie narodowości niemieckiej przyniosło niespodzianie pozytywny skutek: Romek nareszcie poznał Heimę, która - wbrew jego oczekiwaniom - okazała się Niemką ze Śląska, wcale nieźle znającą język polski i uczęszczającą na zebrania Volksdeutschów. Pewnego dnia zaprosiła go nawet do domu, dokąd udał się z drżeniem serca, odziany na czarno i z wypomadowaną fryzurą, spodziewając się rozmowy wyłącznie niemieckiej, i to na najwyższe tematy. Gospodarze jednak - być może, przez wzgląd na gościa - mówili łamanym, ale zrozumiałym, polskim językiem: pan domu w sztywnym kołnierzu i w monoklu wypytywał go o ceny dolarów i złota, których Romek mu nie mógł mimo najlepszych chęci podać, i o prawdopodobny koniec wojny. Po sowitym obiedzie, pani, uprzątnąwszy ze stołu i szydełkując, wzdychała: "Ach, Herrje! Unsere ganze Hoff-nung ist in Gott und im Fiihrer!" (4) Helma nastawiła radio i przy jego dźwiękach odtańczyli oboje niezliczoną ilość walców i fokstrotów, przy czym Romek stwierdził z przykrością, że jest o całe pół głowy od niej niższy, z przyjemnością zaś, że, jakkolwiek mniej podatna w tańcu od Dzidki, jest natomiastbardziej od niej wysportowana i towarzyszy mu bez trudu w najbardziej skomplikowanych figurach.
W tym samym mniej więcej okresie przeniesiono go z mało intratnej i nie licującej już z jego pozycją posady w nadleśnictwie do "Kommissioin zur Beschlagnahme des niehtarischen Eigenttims".
S tworzony w związku z odbywającą się wówczas likwidacją ludności żydowskiej, urząd ten miał nacelu konfiskatę jej mienia i sprawiedliwy jego rozdział między miejscowych Niemców. Romka przydano do pomocy Heinzowi Cormannowi, młodemu Hitlerjunge o rumianej twarzy i wąskich, złych oczach. Codziennie, o godzinie dziewiątej, wraz z oddziałem przysłanych z dzielnicy tragarzy ruszali, zarekwirowawszy u przejezdnych chłopów furmanki, na rewir. Włamywali się do pustych mieszkań, cuchnących odstałym, wielotygodniowym moczem, przewracali nocniki, wyrzucali pierzyny, brodzili w pierzu i w pajęczynach. Tragarze rozbiegali się po spiżarkach za jedzeniem, znajdowali cukier i zjełczałe masło, spożywali je na miejscu lub pakowali pośpiesznie do kieszeni. Heinz, pełen wspomnień z świeżo przeczytanego Conan Doyle'a, opukiwał ściany, szukając schowków i - o dziwo! - czasem odkrywał je, w nich zaś zegarki, pierścionki i bransolety, które wkładał do podręcznej skórzanej torby. Romek stał zazwyczaj na uboczu i pogwizdując przeglądał podniesione z ziemi książki. Raz tylko podniósł walającą się w kącie złotą papierośnicę, kiedy indziej zaś chromowany zegarek, który tegoż wieczora podarował Hełmie. Pod nieobecność Heinza, który wyruszał niekiedy na samotne wyprawy, rozprawiał najchętniej z tragarzami. Pozwoliwszy im nakarmić się i nakraść do syta, wyjaśniał im dobrotliwie ogólne zasady polityki Fiihrera, przekonując o jej słuszności i namawiając do pogodzenia się z losem. Wśród tragarzy bywał czasem i Pugu, przechodzący po staremu mutację głosu, lecz czyniący to obecnie raczej po cichu. Wychudzony do cna, z powiekami zaczerwienionymi i w poplamionym ubraniu, milczał uparcie, odpowiadając stereotypowym "Ja" i "Jawohl" na wszelkie zagadywania. W rozmowie z nim, jak i z resztą tragarzy, Romek używał bowiem stale języka niemieckiego, którego się nieco poduczył, i grzecznościowej formy "Sie". Czasem tylko, pozostawiony z nim sam na sam, gdy inni robotnicy rozłazili się po pokojach, przechodził na tykanie i na język polski. Tłumaczył mu wtedy ducha nowych czasów:
- Ty zapewne - mówił - z właściwym sobie suchym intelektualizmem myślisz (no, nie wypieraj się, wiem przecie), że ta mistyka krwi - to bzdury. Otóż nie! Wcale nie takie bzdury, jak się... jak ty sądzisz. Wiesz, ja sam chwilami czuję coś takiego. Nawet bardzo! Bo ty jesteś subiektywny - zaperzał się nagle. - Wszystko oceniasz ze swojej strony, z punktu widzenia własnego interesu.
W iesz tylko, że cierpisz. Tak nie można! Trzeba umieć wznieść się na wyższe stanowisko. Pod Anglikami cierpią - dajmy na to - narody kolonialne, pod bolszewikami - kapitaliści, a pod Niemcami - wy! Zawsze ktoś musi być kozłem ofiarnym. Każdy ustrój na tym się opiera. No, i w porządku.
Nieszczęście chciało, że podczas jednej z takich rozmów, odbywającej się w zasypanym bezimiennymi odpadkami pokoju, gdy Romek, siedząc na sprężynowym, ogołoconym z materaców łóżku, klarował właśnie stojącemu przed nim Pugu zbawienność polityki rasowej Fiihrera, wpadł ze szpicrutą w ręku wracający z jakiegoś wypadu Heinz. Złe jego oczy zwęziły się jeszcze bardziej.
- Weg! - machnął nahajką w stronę Pugu, który skierował się pośpiesznie ku wyjściu.
- Du hast hier einen Freund, seh ich! - wycedził do Romlka. - Spekulierst mit ihm viel-leicht? Yerfcaufst Staaitseigentum? Du! Pass auf! - pogroził mu nahajką. - Ich hab dich im Auge! (5)

*

Po raz pierwszy był Romek tego wieczoru umówiony na spotkanie z Helmą. Śpieszył na nie z sercem bijącym, powtarzając w myśli tekst wyznania, które sobie poprzednio przygotował i zapisał w notatniku.
Szli przez opustoszałe ulice. Grudniowa odwilż pachniała zielono i gorzko. Coś młodego - zapowiedź przyszłej wiosny - unosiło się w powietrzu. Śpiewały rynny, rynsztokami biegła woda, wiatr dzwonił szyldami o mury kamienic, które zataczały się w chybotliwym świetle lamp łukowych.
Okiennice były wszędzie zatrzaśnięte, żaluzje opuszczone. Na zamkniętych na siedem spustów bramach lwie maszkary trzymały kołatki w rozdziawionych paszczach. Daleko krążyły patrole i strażnik na wieży wygwizdywał policyjną godzinę.
- Jakie to jednak piękne! - rozpoczął Romek. - Wszyscy siedzą teraz skuleni po norach, a my idziemy spokojnie księżycowymi, średniowiecznymi ulicami, na których...
- No, a jak tam pańska praca? - przerwała Helma. - Jak tragarze? Bardzo się pana boją?
- Wie pani, ja próbuję z nimi raczej po dobremu. Usiłuję przekonać ich o naszej słuszności. Z niektórymi się to nawet udaje: słuchają mnie w skupieniu i przyznają mi rację. Chwilami to ich posłuszeństwo mnie nawet roztkliwia. Są tacy bezbronni...
- I tacy brudni! - dorzuciła, śmiejąc się,Helma. - Popatrz pan na ich domy, z których tynk opada awałami. Popatrz pan na nich samych...
- Ale dawniej nie byli tacy! - zaoponował Romek. - Przecież to wy, to jest raczej my wyrzuciliśmy ich z mieszkań. My jesteśmy pośrednią przyczyną ich brudu...
- Śmie pan twierdzić, że myśmy przynieśli brud do tego kraju! - Oczy Hełmy zabłysły w ciemności.
- I pan podaje się za Niemca? Nie, prawdziwy Niemiec, taki Heinz Cormann, nigdy by czegoś podobnego nie powiedział...
Romek spojrzał na nią z podziwem. Miała wspaniałą sylwetkę, gdy tak stała z głową podniesioną, z kosmykiem włosów, opadającym spod beretu na lewy policzek. Coś władczego - Brunhilda, Walkiria. Nic wspólnego z trzema K, które Fiihrer zalecał kobietom. Gładka, smukła i wysportowana jej postać przywodziła na myśl zloty B.D.M. i wycieczki w góry Harzu z plecakiem na ramieniu. Nagle odczuł z obrzydzeniem własne, przykrótkie ciało, mięsisty nos i policzki, pokryte tu i ówdzie pryszczami. Podniósł dłoń, aby zasłonić swój cofnięty podbródek. Nie wiadomo, dlaczego rozmowa przybrała tak nieprzyjemny obrót. Po cóż było w ogóle wspominać o tych przeklętych tragarzach?
Miał przecie wyznać Hełmie swe uczucia, a tymczasem... I ten Heinz na dodatek...
Tego wieczoru Romek długo wiercił się pod kołdrą usiłując zasnąć i powtarzając szeptem jej imię.
Obudził się później niż zwykle: zegar wskazywał dziewiątą. W lustrze dojrzał swe podbite oczy.
Parę dodatkowych pryszczy wyskoczyło przez noc.
Do składu skonfiskowanych mebli zjawił się z godzinnym opóźnieniem i dowiedziawszy się, że tragarze już dawno odjechali, wyruszył na ich poszukiwanie. Zastał ich zajętych, jak zwykle, opróżnianiem jednego z bezludnych mieszkań. Przy furmance - z rozkraczonymi nogami i z założonymi w tył rękoma, uderzając z rzadka szpicrutą o cholewę - stał Heinz i śledził przymrużonymi oczyma tragarzy, znoszących olbrzymią szafę po krętych schodach. Na widok nadbiegającego Romka ograniczył się do ironicznego "Na! Endlich!"(6), po czym znów obojętnie zwrócił głowę ku dźwigającym. Jakkolwiek jednak Heinz zachowywał się dnia tego nad wyraz łagodnie z nahajkami obdzielał jedynie swe własne buty, robotnicy, zaniepokojeni jego spokojem, zwijali się prędzej niż kiedykolwiek i natychmiast po załadowaniu biegli truchcikiem na piętro. Wśród nich biegł, sapiąc i z lekka kulejąc, Pugu. Poddając się ogólnemu nastrojowi, Romek nie podniósł leżącego na schodach samouczka języka węgierskiego, lecz tylko, oparty o nadszarpniętą framugę, dogadywał razpo raz: "Prędzej, panowie! Prędzej! Widzicie, co się dzieje!", chociaż sam nie mógłby określić,co się właściwie odmiennego niż w innych dniach działo.
O godzinie trzeciej, naładowawszy podwody z czubkiem, wrócili do składu. Zamiast jednak odbyć czym prędzej apel i udać się do Soldatenheimu na obiad, Heinz, ustawiwszy tragarzy na podwórzu w odstępach półtorametrowych, rozkazał im podnieść ramiona, po czym, przystąpiwszy do pierwszego z nich, zaczął go obmacywać. Czynił to, co prawda, dość pobieżnie i pobladłe twarze robotników odzyskiwały już normalny kolor, gdy, podchodząc wreszcie do Pugu. Heinz zmienił metodę i tempo rewizji. Kazał mu po kolei zrzucać płaszcz i marynarkę, potem wywracać kieszenie, by wreszcie w lewej nogawicy, u góry, odkryć niewielką wypukłość.
- Na! Komin her damit (7). Był to woreczek kaszy.
Heinz obejrzał się. Romek stał opodal dłubiąc zapałką w zębach.
- Komin her! - rzekł. Romek podszedł.
- Der ist fuer Diebstahl zu bestrafen! (8) - powiedział, wskazując na Pugu. - Da! - rozpiął kaburę i podał mu rewolwer. - Schiess ihn an! (9).
Romek wziął chłodne żelazo. Podniósł obciążoną nim dłoń do czoła Pugu, który stał mrugając zaczerwienionymi powiekami.
Na trzecim piętrze ktoś otworzył okno i z wysoka spłynęła na ulicę melodia:
Die Strasse frei den braunen Batalionen, S-A marschiert mit ruhigfestem Schritt... (10)
- Ich hab doch dir gesagt ihn anzuschiessen, nicht zu ersohiessen (11) - zawołał Heinz, ubawiony. - Bist wirklich ein Meister der deut-schen Sprache! Na, weg damit! (12)
Wystąpiwszy z szeregu, dwóch tragarzy złożyło ciało pod murem.

*

Dzień był ciepły. W takt dolatującej z trzeciego piętra muzyki Romek szedł przez ulicę twardym, zwycięskim krokiem, pod którym dudniła ziemia. Rozejrzał się dookoła: nikt nie zwracał nań uwagi.
Jakiś przechodzień musnął go połą płaszcza. Miał ochotę krzyknąć mu: "Hut ab!" (13), ale tamten był już daleko, a gonić za nim nie licowało z jego godnością. Uniósłszy nieco prawą dłoń Romek skurczył parokrotnie jej wskazujący palec. Jakie to proste! Fiut - i nie ma go! I pomyśleć, że do takiego wybierał się jeszcze wczoraj z argumentami. A tu przecie chodziło tylko o ten palec!
Zachwiał się, upadł i po harapie!
W przygodnej knajpie zażądał "ein Stoepserl Schnaps". Wychyliwszy pięć kieliszków, otarł wąsiki wierzchem dłoni, zapłacił cenę maksymalną i wyszedł. U wylotu ulicy dogorywał zachód. Z podniesioną głową, zataczając się z lekka, Romek wchodził w jego gasnącą czerwień.
Spotkawszy przed domem wychodzącą Helmę, chwycił ją za rękę i zaciągnął do siebie. Szarpała się,opierała, ale weszła.
Na podłodze, jak zwykle, walały się książki. Kopnął jedną z nich.
- Do cholery z bałaganem! Porządek musi być! Że też mama nie dopilnuje...
- Przecież mamy od dwu tygodni nie ma - rzekła Helma.
- Wszystko jedno! Powinna dopilnować! Rozbierz się! Ja tymczasem nastawię aparat...
Otworzywszy zamknięty na klucz pokój Austriaka, odszukał z trudem radiostację wiedeńską. Do pokoju, gdzie, zrzuciwszy płaszcz, siedziała Helma, wrócił, szeroko rozstawiając nogi i kurcząc raz po - raz wskazujący palec. Gest ten powtarzał jeszcze, siedząc obok niej i obejmując ją wpół lewym ramieniem.
- Co to ma znaczyć? - zapytała Helma.
- To? Nic. Fiut - i po nim.
- Po kim?
- Po jednym takim. Zastrzeliłem go.
- Zastrzeliłeś? Naprawdę? - Oczy Hełmy zaiskrzyły się. - Za co?
- No, twarz jego mi się nie podobała, kapelusza nie zdjął na czas czy coś takiego - nie pamiętam.
Wyjąłem rewolwer i zastrzeliłem go.
- Jak to - wyjąłeś? Przecież nie masz rewolweru.
- No, nie mam, nie mam. Ale miałem. Heinz mi pożyczył.
- Pożyczył? Przecież rewolweru nikomu się nie pożycza.
- Heinz dla mnie wszystko zrobi. Jesteśmy w bardzo bliskich stosunkach. A zresztą możesz się przekonać, jeśli chcesz. Trup leży w składzie, pod 'murem - rzekł rozpinając jej bluzkę.
- A jacy brudni są ci tragarze! - dodał po chwili. - Patrząc na nich, dochodzi się do wniosku, że na nich naprawdę nie ma (innego sposobu, jak rewolwer. Helma z westchnieniem oparła głowę na jego piersi.
- Taki jesteś inny dzisiaj, taki jakiś... Radio grało melodię Schuberta.


(1) Droga do starostwa?
(2) Wstań, kiedy ja wchodzę, ty za... Polaku!
(3) Droga do starostwa - pierwsza ulica na lewo.
(4) Ach, Chryste Panie! Cała nasza nadzieja w Bogu i w Fuhrerze!
(5) Masz tu przyjaciela, jak widzę!- Spekulujesz może z nim? Sprzedajesz państwowe mienie? Ty! Uważaj! Mam cię na oku!
(6) No! Wreszcie!
(7) No! Pokaż to!
(8) Należy go ukarać za kradzież!
(9) Postrzel go!
(10) Pierwsze słowa hymnu hitlerowskiego.
(11) Kazałem ci przecież postrzelić go, a nie zastrzelić.
(12) Rzeczywiście język niemiecki znasz świetnie! No, precz z tym!
(13) Zdjąć kapelusz!