Śmierć liberała

Pamiętnik bezsensu

W tym okresie chodziłem jeszcze w kaszkiecie, z pięściami w kieszeni i z wąsami. Właściwie wesołe to były czasy! Ani domu, ani rodziny, ani przyjaciół - sam przeciw światu. Nocowałem na niewiarygodnych stryszkach, pełnych flaszek, omszałych od pyłu i zbutwiałych szmat, lub w zbożu, którego kłosy podnosiłem starannie za sobą, aby zatrzeć ślady wejścia. Wiecie, jak kląskają słowiki, jak pachną gwiazdy nad głową człowieka, który jutro ma umrzeć? Nic nadzwyczajnego! Tak samo, jak nad głową człowieka, który ma zamiar dożyć do lat osiemdziesięciu. Żadnej różnicy. Tylko kiedy budzisz się rano, mokry od rosy, a kukułka już kuka w dąbrowie, to zdaje ci się, jakoby głos jej, głuchy i rozległy, rozszerzał przestrzeń, nawiewał głębie lasów i dodawał nowe światy do już istniejących. Mały wysiłek, a zbudowałbyś sobie dom w głosie kukułki: prawda, że nietrwały.
By załatwić sprawy mojej spuścizny - chciałem ją, Bóg raczy wiedzieć czemu, uratować od zagłady - wychodziłem za dnia na ulice miasta, których bliżej opisywać nie będę, ponieważ jedyny ich szczegół, jaki mnie wówczas interesował, to - sylwetka wyłaniającego się czasem spoza węgła żandarma. Wkładałem wówczas kciuki za kamizelkę i z rozcapierzonymi palcami obu dłoni, defilowałem przed nim pogwizdując. Słowem, szedłem ku śmierci po bohatersku i jedyną chyba Skazę na moim heroizmie stanowiło to, że nie miałem innego wyboru.

Wracając wieczorem na nocleg i zaglądając przez opłotki do oświetlonych wnętrz, widziałem, jak rodzina celebruje posiłek i talerze podwodnym ruchem przepływają z rąk do rąk. Poznawałem dziewczęta, które niegdyś kochałem, towarzyszy zabaw dziecinnych. Ej! gruchnąć by kamieniem w tę szybę, która cię od nich dzieli i przynajmniej w ten sposób wejść w tę ich daleką, w tę ich niedostępną wieczerzę. Ale to - przemija. W gruncie rzeczy, cóż ludzie winni? Każdy dźwiga odpowiedzialność za swój los, na który przez to, co zrobił lub czego nie zrobił, zasłużył. I ja tą kruszynką życia, która mi została, chciałem zasłużyć na śmierć, na ludzką śmierć od kuli - nie w kark, lecz w czoło.
Bywało tak: idziesz ścieżyną wzdłuż rzeki, nad którą góruje szafirowy lot łątek. Dzień jest pogodny. Na przeciwległym brzegu rybak łowi od niechcenia wędką - nic chyba, prócz jej własnego odbicia. Od ruchów biegną przez powierzchnię kręgi jak uśmiechy. Po tej stronie para wołów z ociekającymi pyskami skręca u skraju zagonu, ciągnąc pług, za którym kuśtyka, pohukując, zgarbiony chłopina.
Nagle w oddali stuka dzięcioł.
Lecz czyżby dzięcioł? Rybak spoziera ku bielejącym murom miasta, nasłuchując przez chwilę, po czym, jakby rozpoznawszy znajomy odgłos i uspokojony już, pochyla się znowu nad gorączkowym pośpiechem rzeki.
Przechodząc obok rybaka, który - zdaje ci się - spogląda na ciebie, odwracasz głowę w przeciwną stronę. Ale i chłopek, idący za pługiem, podnosi oczy i oto idziesz już w dwuszeregu spojrzeń, wyprostowany, patrzący przed siebie, z gestem przymusowej dumy. Przyśpieszony stuk dzięcioła przechodzi tymczasem w niedwuznaczny terkot. Podwajasz kroku, aby uciec przed obrazami nachodzącymi cię wraz z dalekim stukaniem. Ale - przypominasz sobie - śpieszyć się nie wolno. Gdyby cię ujrzeli biegnącego, i oracz, i rybak rzuciliby się za tobą natychmiast w pogoń. Że jednak nie uciekasz, więc to - musi - jakiś pan, któremu wszystko wolno. "Hej-ta!" nawołuje znów na woły chłopina, gdy rybak wyszarpuje z wody wędkę wraz z kołyszącą się na jej końcu srebrną płotką. Ty tymczasem skręcasz gdziekolwiek w zarośla, rzucasz się na ziemię, próbujesz zatkać uszy palcami, ale na próżno, terkot dochodzi i tak, skowronek świergoce wysoko w niebie. Dokoła zarośla kratkują pejzaż, rosną pokrzywy i dmuchawce, wszystko niejadalne, żuki pełzną i znikają w podziemnych norach. Mijają godziny.

 

Czasem bywa - że, zmęczony łażeniem po polach i lasach i wychudzony do cna, wdrapiesz się wieczorem na jakiś stryszek, przez którego szpary sączy się księżyc, zakopiesz się w siano po uszy i śpisz jak suseł. Rano ktoś cię szturcha widłami: to gospodyni podbiera siano dla krowy. Budzisz się, przecierasz oczy, otrząsasz źdźbła i prezentujesz się. Babina, oczywiście, lamentuje, wyrzeka. Po chwili znika: ty tymczasem przygotowujesz się na najgorsze. Niebawem jednak wraca, uśmiechnięta, jakby nigdy nic.
- Przyniosłam panu pierogi - powiada - na śniadanie. Przegłodował się pan pewno bez ten czas cały, co?
No, i zostajesz przez kilka dni, czasem dłużej. Powoli babina zadomowią się na stryszku, zostaje tu - w tajemnicy przed mężem - na dłuższe pogawędki. Zazwyczaj użala się na robotę koło chudoby.
- A mąż? - pytasz.
- liii, jaki tam mąż z niego? Tyle, że nazwa sama, a pociechy to żadnej. Ot, chory teraz leży - ani do pomocy w domu, ani... Krowa mi się cieliła, mówię mu: "Idź, dopilnuj". Nie pójdzie. Becuchszajny dają, mówię mu: "Idź, wy-fasuj". Nie pójdzie. Nie wiem, czym zgrzeszyłam, że mnie Pan Bóg takim łamagą pokarał. A śniadania to czemu pan nie je? Młodemu mężczyźnie zjeść potrzeba, żeby siły miał. Aby zdrowie było, to grunt. I aby pan cicho siedział, bo Niemczyska z psami po polach chodzą i, jakby - broń Boże! - co do czego, to - uchowaj Boże!
- Nie wiem, doprawdy, jak pani dziękować, pani...
- Maryjo. Niech mnie pan nazywa Maryją.
- Maryjo. Jestem bez bliskich, bez broni, bez rady. Gdyby choć jakaś partyzantka była w pobliżu...
- Et, na co panu tato? Żeby guza oberwać? Taki młody mężczyzna - żeby rwał się do partyzantów? I po co? Żeby się panu co niedobrego przytrafiło? Leż se pan, jak panu dobrze, i odpoczywaj. Maryja będzie o panu pamiętać...
Muszę przyznać, że osobiście mam szczęście do takich niewyraźnych, drażliwych i groteskowych sytuacji. Innym - podjazdy, zamachy, wypady, a mnie - romans z babiną na stryszku. I gdybyż choć istniały kryteria, pozwalające rozstrzygnąć podobną kwestię. Ale nie ma "Postępuj tak, aby postępowanie twoje mogło zawsze stać się zasadą ogólną" - mówi Kant. Ale czyż może być zasadą ogólną, aby ulegać pokusom babiny na stryszku - i to jeszcze w tak tragicznych czasach? Lub czyż może być zasadą ogólną, aby oddać życie za niewinność - i to jeszcze tak wątpliwą - jak moja? Chwyta się człowiek za głowę i zajęczałby, gdyby nie wzgląd na bezpieczeństwo. Wreszcie - po dłuższych rozmyślaniach - postanawia decyzję odłożyć.
Postanowić - łatwo, wykonać jednak trudniej, zwłaszcza gdy babina przynosi trzy razy dziennie pierogi, w chwilach zaś przypływu czułości nawet placki kartoflane. Kiedy wreszcie zaczyna karmić pączkami na maśle, sytuacja staje się tak nagląca, że chcąc nie chcąc na jakiś czas musisz upozorować chorobę: z dostarczanych gazet wynika, że wojska sowieckie znajdują się już zupełnie niedaleko, wszystkiego o jakieś tysiąc sześćset kilometrów. Po upływie jednak dwu lub trzech dni dobrodziejka zaczyna się niecierpliwić: jej gościnność nie pozwala na uszczuplenie wiktu; gazety natomiast pojawiają się coraz rzadziej, aż znikają zupełnie. Wiadomości z frontu, które przynosi teraz ustnie, stają się coraz mniej pocieszające. Tak na przykład pewnego razu, wysunąwszy głowę przez otwór w pułapie i stawiając na sianie talerz z kołdunami, szepce:
- Stalin się odmówił - po czym nie pojawia się przez półtora dnia. Przez cały ten czas pochylasz się co chwila z gorączkowym niepokojem ku otworowi, by dojrzeć, czy ktoś nie idzie. Przychodzi dopiero pod wieczór, szeleszcząc nakrochmaloną spódnicą.
- Co miało znaczyć, że Stalin się odmówił? - pytasz, nie mogąc opanować zniecierpliwienia.
- Od komandy się odmówił - szepce. - Widzi, że dłużej nie wytrzyma. Niemców okrutna siła jechała wczora bez miasto: może dwadzieścia harmat - abo i więcej. No to i co on poradzi? Lepiej od razu się odmówić niż wstydu po próżnicy się nabrać.
- A komendę kto po nim objął?
- A bo ja wiem? Drugi taki jeden... Mówili, ale md wyleciało. I Turcja też przystąpiła do wojny - dodaje nagle. - Sama Kolankowa mówiła, co jej mąż za foksa u Niemców służy.
- A Turcja po czyjej stronie opowiedziała się?
- Po czyjej?... Niby z kim trzyma? Wiadomo, że z Niemcami. Nie głupia ona, żeby zdrową głowę pod topór kłaść.
Nie widzisz jej twarzy w ciemności, ale musi chyba wyglądać bardzo machiawelicznie. I wtedy - dla ocalenia sytuacji frontowej - przyciskasz naprędce usta do jej włosów. Na szczęście krowa ryczy w tej chwili, domagając się wydojenia. Na drugi dzień dr, obiadu Stalin obejmuje z powrotem dowództwo, a Turcja wycofuje się z niepotrzebnej awantury.
Po cóż opowiadam w formie tak ogólnej i przykładowej tę dość kompromitującą i prawie nieprzyzwoitą anegdotę? Oto, by wykazać, że bywają sytuacje, z których nie ma godnego wyjścia i gdzie, chcąc nie chcąc, utkniesz w końcu nosem w śmieszność jak w błoto. Chociaż - i tu znów ogarniają mnie wątpliwości - w tym samym czasie zdarzyła mi się historia, która dowiodła czegoś wręcz przeciwnego.
W kilka dni po opisanym powyżej zajściu - wierciłem się właśnie na sianie, próbując zasnąć, gdy z lewa, od strony pobliskiego lasu. doleciała mnie palba karabinowa... Nie był to ów, znany mi skądinąd, monolog strzelniczy, zwiastujący polowanie na ludzi, lecz niewątpliwy dialog, pytania i odpowiedzi. Zgubiony w ciemności, ktoś walczył z Niemcami. Nasłuchiwałem w naprężeniu: strzały oddalały się. Wolność, musnąwszy mnie przelotnym skrzydłem. znów uchodziła - na jak długo? Na jak długo odchodzili partyzanci, las zielony, wolność i piosnka bojowa? Zasnąłem.
Zbudził mnie chrobot. Ciężkie ciało toczyło się postękując po sianie. Nagły błysk latarki wydobył z ciemności skurczoną w bólu twarz młodego, czarnowłosego chłopca, który przy jej świetle, podwinąwszy po kolana nogawicę. oglądał, pochylony, swą łydkę. Znajomość zawarliśmy w ciągu kilku minut. Niebawem leżał już, opatrzony, na sianie - postrzał był lekki - i w paru słowach opowiedział mi. jak, odcięty podczas potyczki od swej grupy i raniony, przemycił się przez tyralierę niemiecką i po omacku dochromał aż tutaj.
Opowiadanie przerwał jękami.
- Noga? - zapytałem.
- Głupstwo noga - odparł. - Świerzb mam, to gorzej. W jakimś chlewie się nabawiłem. Ot! i wrzody już się porobiły. Lekarstwo teraz skąd dostaniesz? Życie sobacze! A co do nogi - zostanę tu chyba parę dni, póki jej nie podleczę.
- Nie wiem - odparłem. - Sam tu jestem na wylocie i wnet chyba sobie pójdę. A gospodyni, owszem, gościnna, tylko żąda pewnych usług w zamian. We dwóch będzie trudniej.
Usłyszałem jego cichy i - ku memu zdziwieniu - zgoła nie kpiący głos: .- A pan je |- wyświadcza?
- Nie, na razie odwlekam. Mówiłem panu, że chcę stąd odejść.
- Przez takie głupstwo?
- Głupstwo - nie głupstwo, ale nieprzyjemnie. Wstyd handlować sobą.
Przez chwilę leżał w milczeniu, jakby się zastanawiał.
- U nas - powiada wreszcie - w oddziale, jeszcze w samych początkach, zdarzyła się podobna historia. Byliśmy jeszcze wtedy w mieście i przygotowywaliśmy się do wymarszu. Broni - jak pan się sam domyśla - prawie nie było: za stary grat, w którym bębenek trzeba było po każdym strzale palcem przesuwać, zapłaciliśmy sześć tysięcy złotych. Na jedenastu chłopa wszystkiego trzy sztuki. Kurier, którego Warszawa ni okręg postawiła, stary niby partyjnik, z czteroletnim stażem więziennym, i ten nawalił. "Broni - powiada - partia wam nie da, bo sama nie ma. Radźcie sobie, jak umiecie" . Pokazało się później, że broń partia przysłała, a on ją, sukinsyn, na pasek puścił. Rozłożył się człowiek: dolarami - słyszę - później handlował. Ale - mniejsza. Mieliśmy w grupie dziewczynę, niewielką, czarniutką. Zosia się nazywała. Esesman jeden, Volksdeutsch, to aż do domu przychodził, złote dolary i świnki zza cholewy wyciągaj, namawiał, żeby z nim wyjechała. Przychodzi raz Zosia na nasze zebranie w rozwalanej piwnicy i powiada tak a tak, esesowiec pieniądze mi pokazywał, a rewolwer - widziałam - ma wspaniały. "No i co z tego? - mówię jej. - W dzień go tak czy siak nie dostaniesz. Wieczorem trzeba go mieć i to jeszcze na odludziu. Umówiłabyś się z nim".
Zosia kiwa głową. Patrzyłem na nią: być może, trochę pobladła.
- Dobrze - powiada - umówię się z nim na jutro, na dziewiątą, na cmentarzu, koło kapliczki.
Pamiętam jak dziś ten wieczór, kiedyśmy szli, potykając się o nagrobki, grzęznąc nogami w kretowiskach lub w świeżych grobach, otrząsając z głogów tysiące kropel. Zaczailiśmy się obok kapliczki, mokniemy i czekamy. Słyszę: kałuże chlupioczą pod czyimiś krokami i widać światełko latarki. Idą przytuleni, on w płaszczu wojskowym., ona w deszczowcu. Szeptał jej coś do ucha, a ona śmiała się, jak to robią kobiety w takich wypadkach, tylko trochę inaczej, wyższym głosem. Ale rewolwer, cholera, trzymał w lewej ręce i trzeba było uważać, żeby nie wystrzelił, bo koszary blisko. Weszli do kapliczki. Tam ławeczka była. Podpełzam, nadsłuchuję. Wchodzę na czworakach do środka, słyszę: Niemiec zajęty, sapie. No, i... no, i dziewczynie tylko twarz juchą obryzgało...
- Rewolwerem?
- Co znowu? Żeby koszary całe zwabić? Siekierą...
- A ona?
- Cóż? Głowę oparła na moim ramieniu i płacze.
Leżeliśmy w milczeniu, paląc ukryte w dłoniach papierosy.
- Ta się nie miała czego wstydzić - dodał nagle mój towarzysz - choć handlowała sobą.
- Ale nie dla siebie - odparłem. - Dla innych. Dla - sprawy. A co z nią teraz?
Towarzysz mój pomilczał przez chwilę, po czym rzucił szorstko:
- Na gaz.
Poczochrał się trochę na sianie, pomruczał coś do siebie niewyraźnie, po czym szepnął zasypiając:
- Ech! Sprawa! A skóra jak swędzi, talk swędzi.
Z dołu, ze stajni dochodził łomot i sapanie krowy, układającej się do snu. Szedł zapach mleka. Obok mnie i na mnie szczury z dzikim piskiem gziły się, rzucały się na siebie lub może pożerały nawzajem: jeden z nich w rozpędzie chlasnął mnie nawet nieowłosionym ogonem po twarzy. Na pieni poczułem ukłucie: partyzant -| okazało się - przyszedł nie bez towarzyszek. Niedługo trzeba było ćwiczeń, aby opanować sztukę ich łowienia i, unieruchomiwszy je kciukiem, przesuwać z lekka po Skórze tak długo, póki nie dostaną się między dwa paznokcie. Takie zajęcia ułatwiają rozmyślania.
Zrozumiałem wówczas, w czym leży śmieszność mojej sytuacji: w jej bezideowości. Walczyłem tylko o własne życie. Niemcy, nie stawiając nam żadnych konkretnych zarzutów, pozbawili nas tym samym - z diabelską perfidią - godności cierpienia. Męczeństwo nasze było bezsensowne. Dziwili się ludzie, żeśmy szli na śmierć - masowo, potulnie jak baranki. Ale w imię czego mieliśmy się buntować? Narażać swe życie może tylko ten, kto walczy o coś, więcej niż o życie. Umierać dla uniknięcia śmierci to - przyznacie - nie daje najmniejszego sensu. A już ja szczególnie... Za co ginąłem? Za wiarę, której nie wyznawałem? Za narodowość, do której się nie poczuwałem? Za bzdurę ginąłem, ot co! Nie było kompozycji w moim życiu, no, bo i skąd tu kompozycja?
Tak rozmyślałem leżąc na sianie, nasłuchując siąpania krowy i pisku szczurów i szukając gorączkowo problematyki, do której by się doczepić, sprawy jakiejkolwiek, za którą by warto było się ofiarować. Ale sprawy tej nie było.
Jedyną dostępną sprawą było w tej chwili leżące obok i chrapiące ciało ludzkie. Okazyj do ofiar dawało ono, co prawda, niewiele. Nie bardzo wiedziałem jak... Nagle ciało poruszyło się i, stękając przez sen, podrapało się lewą dłonią po prawej. Ten gest nasunął mi pewną myśl. A gdyby tak - w zamiarach cierpiętniczych - nabawić się świerzbu? Po paru dniach miałbym wysypkę, babina - wiedziałem - nie pożałowałaby dla mnie niczego, nawet siarkowej maści, a -. przy sposobności - może by to ją trochę odstraszyło. Partyzanta chowałbym przez cały czas pod snopami i, po wyleczeniu, hajda we dwójkę do lasu! A tam - wysadzanie pociągów, mostów, rabowanie kontyngentów i inne wyczyny.
Myśl ta przypadła mi do smaku tak dalece, że, nie czekając na obudzenie mego towarzysza (obudzony mógłby nie przyjąć ofiary), postanowiłem wprowadzić ją w czyn. Przysunąłem się doń bliżej i począłem nieznacznie pocierać o jego dłoń - moją. Ocknął się jednak. Sen miał nad podziw lekki!
- To pan z takich? - szepnął.
-. Z jakich? Co? Na miłość boską, niech pan nie sądzi tak o mnie. Po prostu chciałem zarazić się świerzbem.
- Zarazić się świerzbem? Co za pomysł! A na cóż on panu?
- Z przyczyn psychicznych. Pan nie rozumie? Potrzeba ofiary. W ten sposób wydostałbym od gospodyni maść, aby pana, o tyle wartościowszego ode mnie człowieka, partyzanta i bohatera, wyleczyć...
- A niechże pan da spokój z bohaterami. To dobre na powojenne czasy. Zobaczy pan, jeśli pan dożyje, ilu się ich namnoży... Na razie do lasu idzie tylko ten, komu w domu się ziemia pali pod stopami. Weź pan chociażby nasz oddział: każdy by chętnie wrócił, gdyby miał dokąd. Nie na bohaterów, są tylko sytuacje bohaterskie. Ale - wracając do pana - pański pomysł ze świerzbem zdradza jakieś... Wygląda to, jak gdyby pan poczuwał się do winy i chciał ją czymkolwiek okupić. I wreszcie - pańska samotność. Każdy z nas ma oparcie w jakiejś grupie. Pan wybrał się na tułaczkę - sam. Przecież w kupie - to o wiele łatwiej w takich czasach...
- Powiedział pan przed chwilą, że nie ma bohaterów, są tylko sytuacje bohaterskie. Odwrotność tego twierdzenia sprawdza się na mnie. Są tylko sytuacje upadlające, nie ma... Mniejsza o to. Jak mnie pan widzi, byłem - pół roku temu - dowódcą pierwszej w naszym mieście grupy partyzanckiej. W moim mieszkaniu zorganizowała się pierwsza komórka. Tam uczyliśmy się obchodzenia z bronią, tam układali bojowy statut. Za zdradę tajemnic organizacyjnych - śmierć! Za wycofanie się - śmierć! Za utratę broni - śmierć! Jakie to naiwne dzisiaj i odległe.
Towarzysze mieli do mnie bezgraniczne zaufanie: pierwsze, jakie zdobyliśmy, rewolwery złożyli bez wahania u mnie. Trzymałem je pod podłogą, w skrytce. A tu w dzielnicy gęsto, szpilki nie ma gdzie wsadzić, a ludzie, oczywiście, nie ślepi, widzą, co się dzieje. Rozniosło się, że u mnie - co wieczora - zebrania. Prezes wzywał mnie do siebie: "Niech pan da spokój tej dziecinadzie! Po dobremu panu radzę!" Roześmiałem mu się w twarz. Kiedy indziej odwiedziło mnie Kripo. Wysoki, melancholijny Niemiec i dwóch Volksdeutschów. Zastali mnie nad tomem Szekspira: bardzo ich to ubawiło. Aż się za boki trzymali: "Unerhbrt!" (1) i łzy im ciekły po twarzy. Nie wiem, czy za bronią przyszli, czy za czym innym; nie bili mnie nawet; może nie chcieli wywoływać 'paniki; dość, że skrupulatnie opukali ściany i podłogę. Ale tajniak - jak to on - nie umie zachować skromności; nie dość, że jest chytry, chce jeszcze, aby chytrość jego podziwiano. W miarę opukiwania Niemiec śledził wyraz mojej twarzy; nie zdawał sobie sprawy, że ja obserwuję jego obserwację. No, i nic z tego nie wyszło. Poklepał mnie po ramieniu, zabrał budzik ze stołu i "Auf Wiedersehen!" Po ich wyjściu - był wieczór - wyjąłem szkatułkę spod podłogi i zakopałem ją w ogrodzie. Rano znalazłem tylko pustą jamę; złodziej, który mnie podpatrzył, nie zadał sobie nawet trudu, by ją zasypać. Nie będę się rozwodził nad szczegółami tej historii: przez parę dni unikałem moich towarzyszy. Aż pewnego razu - przed jakąś nocną wyprawą - zażądali ode mnie rewolwerów: "Nie ma - mówię. - Ukradli." Patrzyli na mnie przez chwilę; widać było, że nie wierzą. Po chwili jeden plunął mi w twarz. Nie zareagowałam. Otarłem się i wyszedłem. Powinienem był wtedy popełnić samobójstwo. Nie zrobiłem tego. Ot! i żyję...
- Rozumiem. Ni tu, ni tam. Przez Niemców skazany na śmierć, przez radę podejrzany, przez towarzyszy wyklęty...
- Właśnie. A co najgorsze, to nieistotność, drobność tego wszystkiego w tych straszliwych czasach. Moje problemy są tylko moimi probierniami i wstydzę się po prostu narzucać je komukolwiek. Pytał pan przed chwilą, dlaczego wzdragam się przed wyświadczeniem drobnej przyjemności gospodyni. Otóż właśnie dlatego, że tu chodzi tylko o moje własne życie. Gdyby jakikolwiek sens... Dlatego chciałem zarazić się świerzbem.
- Czy pan broń ma? - zagadnął mnie niespodzianie.
- Nie. Straciłem ją wtedy razem z innymi.
- Tak. Ja mam, ale bez nabojów. Wystrzelałem wczoraj wszystkie...
- Że też człowiek płaci tak straszliwie za jedną chwilę słabości. Stchórzyłem wtedy, wyniosłem broń z domu, ale, wie pan, że gdyby nadarzyła mi się powtórna okazja...
- Wie pan, nie wierzę w metamorfozy ludzi. To dobre w powieści. Sądzę, że w podobnej sytuacji zachowałby się pan identycznie. Pańska przygoda była nie tylko pechem, ale i symbolem...
- Zobaczylibyśmy...
- Może...

*


W południe - mimo wzmagającego się żaru dachówek - spaliśmy jeszcze po przegawędzonej nocy jak zabici, gdy obudziło nas suche uderzenie w dachówki. W otworze między opadającym poddaszem a podłogą stryszka, w miejscu, którędy gospodyni w chwilach pośpiechu zwykła była wsuwać jedzenie, leżał przedmiot. Zamiast spodziewanego placka był to rewolwer w kaburze, colt sześciostrzałowy.
- Popatrz pan! - rzekłem do mego towarzysza. - Kto by się tego po niej spodziewał? Ciekaw tylko jestem, skąd go mogła wytrzasnąć.
- Ano pokaż pan! Co za cudo! No, taka broń - to i dach nad głową, i wikt, i opierunek. Mamy teraz z czym do oddziału wracać.
Nie mogliśmy się nim nacieszyć. Wyjmowaliśmy i wkładali magazynek, zabezpieczali i odbezpieczali na przemian. Wreszcie włożyłem go sobie pod wezgłowie i przytuliłem doń policzek.
W tej właśnie chwili ręka, olbrzymia, pięciopalczasta i rozcapierzona, przystanęła, milcząc, oderwana od wszelkiej podstawy, na brzegu stryszka, po czym pochyliła się ku sianu, myszkując w nim na wszystkie strony. Usłyszałem znudzony głos:
- Verflucht! Da hab ich doch meine Pistole im Heu versteckt (2).
- Wieso? (3) - spytał inny młodzieńczy.
- Wollte im Fluss baden, da hab ich sie der Sicherheit wegen abgelegt. Sie ist irgendwo tiefer hineingefallen. Hab wirklich keine grosse Lust hinaufzukriechen (4).
Ręka cofnęła się na chwilę, po czym, jakby doznawszy przedłużenia od dołu, weszła ku nam aż po sam łokieć, odziany w zielone sukno. Widziałem w padającym z dachówek świetle rude włoski, falujące na jej wierzchu, blade piegi i krótkie, gładko przycięte paznokcie.
- Da hab ich sie schon! Da ist sie! - usłyszałem radosny głos, podczas gdy dopiąwszy kaburę wtykałem bezszelestnie kolbę rewolweru między wiszące palce. - Na endlich! - Z pomrukiem zadowolenia cofnęła się ku pozycjom wyjściowym. - Das war aber ein Mei-sterstiick von Geschicklichkeit (5) - usłyszałem oddalający się głos.
Usiadłem z powrotem na sianie. Byłem zmęczony.
- Oddałeś broń! - stwierdził ktoś koło mnie.
Spojrzałem na mego towarzysza ze zdumieniem: zapomniałem o jego istnieniu. Oczy miał czarne i puste.
- Oddałeś broń po raz drugi!
- A cóż miałem począć? - krzyknąłem prawie. - Czekać, aż tutaj przyjdzie? Wiesz przecie, że nie był sam na dole.
- Masz rację - odpowiedział obojętnie, wyciągnąwszy się na sianie i, odwrócony tyłem, przeleżał, milcząc, do wieczora.
- Boże mocny! - rozebrzmiał szept w ciemności. - Co też ja mam z panem? Cały dzień Niemców pilnuję, żeby tu nie zaleźli.
- Jakich Niemców?
- Żandarmów. Kwaterować tu będą, bo w lesie partyzany są. Dziesiątkę ich wczoraj rozciągnęli; kazali z gminy na forszpan jechać, żeby ich pochować. U minie dwóch stoi, ładne chłopaki. Tylko koniecznie w stodole spać im się zachciało, bo w chałupie - mówią - duszno i mąż chory. Państwo moje! Ledwom się ich uprosiła, żeby poczekali do jutra, póki snopów nie podbiorę. No, i co ja mogę poradzić? Co ja mogę poradzić? - Usłyszałem chrzęst załamywanych palców. Ale - głos się nagle ożywił - placków panu przygotowałam na drogę, a placków. Za parę godzin, jak wszyscy posną, może pan odchodzić.
Świt się już przecierał i mżył drobny deszczyk, gdyśmy - ja skacząc przez kałużę, on chromając w swych wysokich butach - szli przed siebie brzegiem gościńca. Chaty, nakrywszy się strzechami, spały rzędem skulonych i wilgotnych kur. Tu i ówdzie płonął jeszcze kaganek. Ze stajen słychać było wierzganie koni. Piały koguty.
Doszliśmy do rozstaju, gdzie rozkrzyżowany drogowskaz kierował jedno ramię ku bielejącemu miastu, drugie - ku sinym górom. O kilkanaście kroków, spowity mgłą i deszczem, widniał niewysoki wzgórek z kapliczką u szczytu: mogiła powstańców z 63 roku. Pamiętałem ją z dziecinnych spacerów, gdy wychodząc w letnie wieczory za miasto widywałem ją niezmiennie niedostępną za panoramą zbóż. Przywykłem do jej oddalenia, które wydało mi się cząstką jej istoty. Teraz po raz pierwszy oglądałem ją z bliska, podaną na patelni czarnych i grząskich zagonów. Ale nie podszedłem ku niej: buty miałem przemoczone.
- Więc? - zwróciłam się do mego towarzysza.
Machnął ręką ku górom.
- Na Węgry - odparł. - Tu nie ma czego szukać. Julek, Józek, Felek - wszystkich teraz chłopi w lesie grzebią. Pójdziesz ze mną?
- Nie - odparłem. - Znów tułać się po chłopach, bez broni, łaski prosić, być wyrzucanym, wyświadczać drobne usługi babom. - dosyć. Wszystko jedno, gdzie zginąć: w drodze czy w domu. Na Węgry i tak się nie przedrę. A zresztą - buciki mam podarte.
Podniósłszy nogę, pokazałem mu podeszwę rozchyloną jak rybi pyszczek.
- Tak - powiedział. - Dobrze. Poczekaj. Kawałek papieru masz?
Wyjął z kieszeni pudełko i odsypał mi nieco białego proszku na kartkę notatnika. - Masz! To na pożegnanie. Arszenik.

*

I oto znów jestem w tym mieście z papieru i ze snu, które płynie ku śmierci poprzez listopad. Ludzi już prawie nie ma: Rada, milicja i paruset robotników. Z mego pokoju, który odnalazłem nietknięty, słyszę wieczorem ich miarowy krok, kiedy wracają z pracy zagubionymi w ciemnościach kolumnami. Nikt mnie nie odwiedza. Kiedy wychodzę na ulicę, spotykam wzrok ludzki pełen politowania. Dawniej, kiedy wybierałem się do lasu, widzieli we mnie kogoś, kto przeznaczony jest do innych niż oni losów: teraz traktują mnie jako nieudanego karierowicza - życia. A zresztą - mają po prostu dość własnych spraw.
Wczoraj wieczorem był u mnie pan Szmorak, niegdyś kupiec drzewny i przyjaciel naszego domu, obecnie komendant milicji. Siadł na brzeżku krzesła, potarł ręce, po czym rzekł półgłosem:
- Pan słyszał, że stan milicji ma być od jutra podniesiony z piętnastu na trzydzieści?
- Nie, nie wiedziałem - odparłem. - To niby w związku z czym?
- No, w związku, w związku, pan sam wie, w jakim związku. Ludzie proszą się na tych piętnaście wolnych miejsc, złote góry obiecują, każdy chce żyć. Ale, że byłem przyjacielem rodziców i pana na rękach nosiłem, to gotów jestem zrobić to panu - tu pochylił się ku mnie, zniżył głos i szepnął z naciskiem - za trzy tysiące złotych.
"Szansa, której nie wolno odrzucić" - przeleciało; mi przez myśl, podczas gdy bąkałem, niezdecydowany:
- Właściwie nie wiem, czybym się nadał do tej służby. To znaczy... mam inne plany. Słowem, może pan poczeka do jutra. Muszę się zastanowić.
Pan Szmorak wstał.
- Niech się pan zastanowi - rzekł, patrząc mi dobrodusznie w oczy. - I niech pan przyjmie: szczerze panu radzę. Ale do jutra do dziesiątej, bo o tej godzinie zamykamy listę.
Noc miałem niespokojną i zasnąłem późno. Gdym się obudził, była godzina ósma. Śniłem, nie pamiętam już to czym, ale sen był tak uroczy, a pokój tak zimny, że pogrążyłem głowę w poduszki i zasnąłem po raz wtóry. Drugi raz obudziłem się o godzinie jedenastej. Było już za późno. Ktoś we mnie powziął za mnie decyzję.
W tych niewielu chwilach, które mi jeszcze pozostały, chciałbym zrobić jakiś ostateczny rachunek, pomyśleć coś definitywnego. Chodzę po pokoju tam i z powrotem i szukam, szukam czegoś, co by zamknęło, co by zreasumowało. Nie znajduję niczego.


DOPISEK
Oto wszystko, co mi pozostało po moim tragicznie zmarłym przyjacielu: kilka kartek pamiętnika,które - nie bez osobistego niebezpieczeństwa - uratowałem przed zagładą, zaszedłszy w parę dni po akcji do jego, nietkniętego jeszcze, mieszkania. Na stole leżał notatnik i tom Szekspira, otwarty na stronie 472. Dziwię się, że przyjaciel mój nie był na tyle przezorny, aby złożyć przynajmniej część swoich pamiętników u mnie, u którego mogą przecież przeleżeć do lepszych czasów i doczekać się nawet wydania jako ciekawy materiał dokumentarny. Przypominam sobie nawet, że proponowałem mu to podczas naszej ostatniej rozmowy, która odbyła się trzy tygodnie temu, późną nocą. Powiedziałem mu wtedy: "A co do manuskryptów, drogi mój, to mogę ich przyjąć, ile tylko zechcesz". Mimo tego niedwuznacznego zaproszenia nie złożył swego rękopisu u mnie, narażając mnie tym samym na trud i niebezpieczeństwo ich odszukiwania. Może jednak nie należy go osądzać zbyt surowo. Po prostu, albo nie zdążył, albo nie uważał go za wykończony. W istocie, w pamiętnikach - zwłaszcza w ich części drugiej - daje się zauważyć pewien pośpiech, zbytnia zwięzłość relacji i niedostateczne umotywowanie. Któż na przykład idzie na śmierć jedynie dlatego, że ma podarte buty? Słabym tylko usprawiedliwieniem może być autentyczność tych zdarzeń. Razi również akcentowanie pewnych, zbyt naturalistycznych szczegółów (świerzb) lub zbędność innych (opis powstańczej mogiły).
Ten mój dopisek chciałbym zakończyć danymi, dotyczącymi śmierci mego przyjaciela. Jako człowiek blisko z nim związany, ciekaw byłem jej rodzaju i nawet - chociaż z żywą przykrością - spoglądałem z okna mojej sypialni na kondukt ciągnących z łopatami na miejsce stracenia skazańców. Ponieważ obecności jego tam nie stwierdziłem, przypuszczałem, że zginął podczas towarzyszącej każdej akcji strzelaniny. Okazało się jednak inaczej: w jednym z domów, niezbyt odległych od mojego, stwierdzono zatkanie rur wodociągowych. Zawezwani robotnicy nie znaleźli w nich jednak żadnego uszkodzenia. Przyczyna leżeć musiała głębiej, w ściekach miejskich. W istocie, po paru dniach kanalarze odnaleźli w uchodzącej do głównej arterii odnodze kanału zwłoki, które - po bliższym zbadaniu - okazały się doczesnymi szczątkami mego przyjaciela. Ledwo się dowiedziałem o tej - że tak powiem - ekskanalizacji, przybyłem w pośpiechu na miejsce i zastałem kanalarzy, palących fajki nad zwłokami, wśród nich zaś niejakiego Pawła Chruściela, człowieka ze wszech miar szanownego i starej daty. On to zrekonstruował mi prawdopodobną historię zgonu mego przyjaciela. W dzień akcji pewna grupa, do której przyłączył się i mój nieodżałowany druh, pogrążyła się w główną arterię miejskiego kanału, którego jedno ujście znajduje się w dzielnicy, drugie zaś prowadzi kilka kilometrów pod ziemią do pobliskiej rzeczki. Wyobraźniamoja, którą mam bardzo żywą, odtwarza mi ów pochód podziemny, krok za krokiem, śród mistycznych ciemności, oświetlonych tylko na skrętach sinym światłem, padającym z otworów w płytach. Niemcy jednak, zorientowawszy się, że część ofiar uszła w katakumby, zawezwali kanalarzy (śród nich zaś owego Pawła Chruściela), rozkazując im podnieść płyty w dwu dość odległych miejscach i biorąc w ten sposób nieszczęsnych w dwa ognie. Paweł Chruściel, który jest człowiekiem godnym wiary, opowiada, że tłum ów, jakkolwiek już otoczony, wciąż jeszcze trwał na czworakach i udawał nieistnienie, ociągając się z wyjściem i że nawet, gdy Niemcy oddali pierwsze strzały, trafieni padali w milczeniu, nawet podczas konania udając nieistniejących. Strach trwał dłużej niż życie. Ostatecznie jednak pod naciskiem niemieckich bagnetów tłum ruszył ku wyjściu. Wtedy to prawdopodobnie przyjaciel mój wpełzł w jedną z bocznych odnóg. Z kształtu, w jakim trup zastygł i z ręki, przytkniętej do ust, wnoszę, iż konał w pozycji niewygodnej, na czworakach i że zażył trucizny, owego właśnie arszeniku, o którym mówi w swych notatkach. Jakkolwiek zatem nie udało mu się zginąć z podniesionym czołem i jakkolwiek samo miejsce jego śmierci nie należało do najwonniejszych, przyznać trzeba, że, wybierając śmierć dobrowolną, oszczędził sobie ceremoniału kopania grobu, rozbierania się, skakania do mogiły i tym podobnych nieprzyjemności. Wszystko, co zostało po nim, nie tylko notatnik i tom Szekspira, ale nawet dwieście pięćdziesiąt złotych, które mu zostałem dłużny za sprzedany mi zegarek, przechowuję starannie do lepszych czasów i do chwili zgłoszenia się ewentualnych spadkobierców. Fotografia jego wisi w moim pokoju sypialnym. Ilekroć na nią spoglądam, myślę: ,.A tak niedawno jeszcze był żywy. Taki zacny charakter, taki piękny umysł - skończyć tak młodo, i to jeszcze w kanale! Och! ciężkie, och! tragiczne bywa czasami życie!"


(1) Niesłychane !
(2) Cholera! Schowałem tu przecież rewolwer w sianie.
(3) Jak to?
(4) Chciałem się wykąpać w rzece, więc dla pewności odpiąłem go. Wpadł zapewne gdzieś głębiej. Nie mam doprawdy ochoty leźć na górę.
(5) Nareszcie mam go! Ależ to było arcydzieło zręczności.