Śmierć liberała

Noc praworządności

Na korytarz! Zbiórka!
W północną ciszę, przerywaną szelestem arkuszy, skrzypieniem piór i żuciem szczęk, okrzyk ten wpada jak chlaśnięcie bicza. Zgarniając w pośpiechu papiery ze stołów, dławiąc się nie dojedzonym chlebem, wybiegają, popychając się, na mdło oświetlony korytarz. Z drugiej sali z tupotem butów wysypuje się ghettowa milicja.
-W dwuszeregu zbiórka! Milicjanci do przodu, urzędnicy do tyłu! Prędzej! Prędzej! Gestapo pod bramą!
U drzwi wejściowych rozlega się potwierdzający warkot motorów.
Więc po to wyrwano ich o północy z łóżek? Nagła kontrybucja, której rozpisaniem i ściągnięciem mieli się jakoby zająć, była tylko pretekstem? Chodziło po prostu o to, aby bez zbytecznego szukania wydać wszystkich urzędników w ręce gestapo?
Stuk butów: gestapowiec. Wysoki, tym wyższy, że w sięgającej do kostek pelerynie, wodzi spod nasuniętego daszka oczyma po zastygłym na baczność dwuszeregu. Wie, że słowa, które padną z jego ust, mają być ostateczne, decydujące o życiu i śmierci. Ale widocznie nic szczególnego nie wpada mu na myśl, bo po chwili milczenia rzuca niespodzianie:
- Wo ist Futschik? (1)
Pytanie zaskakuje. Trzeba chwili namysłu, by odgadnąć, że ów Futschik to znany spryciarz i faktotum, Fucek Poznański, który pod czas poprzednich odwiedzin gestapowców, gdy przyjeżdżali jeszcze tylko na pijatyki, załatwiał im wódkę, kupony i dziewczęta. Ktoś odpowiada:
- Futschik ist im Zwangsarbeitslager (2).
Ta krótka wymiana słów wywołuje jednak pewne odprężenie. Rozmawia, szuka Fucka, chce może skóry, może materiałów. Nie jest więc aż tak źle. Niektórzy oswajają się od razu do tego stopnia z położeniem, że stają na spocznij lub nawet wychodzą z dwuszeregu.
Lecz wnet się cofają. Z wejściowych drzwi za gestapowcem sypią się, łomocząc kolbami, esesowcy, niebiescy i czarni, a w ślad za nimi ukraińska policja. Robi się duszno i groźno.
- Uważajcie - mówi gestapowiec po nie miecku -i zapamiętajcie sobie moje słowa do późnej starości, której niewątpliwie dożyjecie. Wasze dotychczasowe życie było jednym wielkim świństwem. Zajmowaliście się handlem, mordem rytualnym i protokołami mędrców Syjonu. Mimo to przebaczam wam i daruję wam życie. Chcę tylko waszego dobra. Trzeba mi trzech tysięcy pięciuset ludzi z waszego miasta. Wy, którzyście się tutaj znaleźli, macie mi ich dostarczyć. Po dwóch was pójdzie z jednym z naszych, wyciągniecie ludzi z mieszkań, zgromadzicie ich u wylotów ulic, a potem odprowadzicie na dworzec kolejowy. Mieszkania pozamykać, klucze zabrać, doczepić do nich karteczkę z dokładnie wyszczególnionym adresem i nazwiskiem i wręczyć mnie osobiście na dworcu. Tyle. A wy - tu zwraca się do esesowców i ukraińskiej policji -stańcie za dwuszeregiem, kryjąc tak, aby jeden z was przypadał na każdą dwójkę.
Podczas tej przemowy nie wiadomo skąd wyrasta prezes rady z papierami pod pachą i wtyka do ręki każdemu z urzędników po arkuszu. Otrzymanie papierka działa na nich od razu uspokajająco. Odnajdują się w znajomej atmosferze, odczuwają praworządność. Mrużąc krótkowzroczne oczy i garbiąc się, czytają w świetle jedynej na korytarzu lampy naftowej: "Gas se... so und so... Alle mit Ausnahme von (3) , po czym następują nazwiska. Ach, więc tak: brać należy wszystkich, prócz wymienionych w spisie. Ogarnia ich radosne poczucie, że jakkolwiek w eskorcie Niemców, idą między swoich jako wybawiciele. Nigdy w życiu nikogo nie skrzywdzili, byli członkami wielu towarzystw filantropijnych, a i teraz przypadła im w udziale zaszczytna rola ratowania bliźnich, nielicznych co prawda, lecz -mój Boże! -lepiej, żeby zginęła część tylko niż wszyscy. Tymczasem stojący z tyłu policjanci repetują karabiny i stukają ich lufami między łopatki: "Kommt's!"

 

Trójki wychodzą w noc sierpniową. Blaszane dachy śpią cicho, polerowane księżycem. Wśród przegniłych, poczerniałych ze starości domów wieje tu i ówdzie, jak z piekarni, ciepłym powietrzem, wonią wody i pól, zmieszaną z odorem kanałów. Dalekie samochody tną nożami świateł drzewa. To przyjeżdżają posiłki esesowcom. W jakimś oknie błyska przerażony płomień zapałki i gaśnie po chwili. Trójki rozchodzą się, przyczajone, brodząc po kostki w zielonym, szeleszczącym piachu.
Jedna z nich skręca w boczną ulicę, czy raczej wąwóz, gęsto zarosły na obu stokach dzikim zielskiem. Na szczycie domy. To tu. Pochyleni wspinają się, parząc ręce o pokrzywy. Już każdy stara się iść jak najciszej, by nie obudzić śpiących. Już pragnie wyróżnić się w łowach. Śmiertelna gra wciąga.
Dryzg! Policjant uderzeniem kolby wywala zamkniętą skoblem bramę. Milicjant, porwany chęcią współzawodnictwa, kopie nogą w osiadłe do ziemi okno. I w drugie. I w trzecie.
- Po co? -mówi urzędnik. -Przecież i tak wszystko otwarte.
- A tak sobie... Niech wszystko przepada, kiedy tak...
Wpadają do sieni o podłodze ubitej z gliny, otwierają nie domknięte drzwi. Z pokoju bucha ciężki odór wyziewów i potu. W otworze piekarskiego pieca tli się ogarek. Spod betów wyzierają nieprzytomne oczy dzieci. Ojciec, wysoki mężczyzna z obrzękłą twarzą, ze śliną zastygłą w kącie ust, stoi pośrodku pokoju dyndając bezradnie rękoma. Policjant ukraiński nie wchodząc trąca urzędnika nie kolbą już, lecz łokciem, i zbliżony tym gestem, mówi poufale:
- Wejdź ty, powiedz im, żeby się ubrali i wyszli. Ja poczekam w sieni.
- Ale czemu ja? Mnie nikt nie usłucha. Niech pan wejdzie.
- Ale tam są dzieci! Jakże ja wezmę ich na śmierć? Ja też mam dzieci.
Urzędnik rzuca się na policjanta i zaczyna go ściskać.
- Tyś dobry, powiedz, tyś dobry? Chodźmy stąd. Schowajmy się gdzieś. Po co mamy brać tych ludzi?
- Daj spokój -policjant ogląda się trwożliwie -daj spokój. Co robisz? Ktoś może zo baczyć. Mam rozkaz dostawienia stu pięćdziesięciu ludzi. Jestem za to odpowiedzialny. Ja mam dzieci.
Waha się. Jeszcze chwila, a. odejdzie.
Wtem. ojciec rodziny, chcąc wyzyskać sytuację, przypada do nóg policjanta i obejmując je woła:
- Panie łaskawy, nie gub pan niewinnych łudzi. Całe życie pracowałem, podatki płaciłem... Za co? Za co?
Ale czy to, że błagalna natarczywość tego wpółubranego człowieka pobudziła go do oporu, czy też jęczący głos przypomniał mu o własnym autorytecie, dość, że policjant odtrąca go mocno, aż ten upada na wznak i rozjuszony tym nieodwołalnym już gestem, woła:
- Precz! Zbierać mi się natychmiast i wy chodzić. Daję wam trzy minuty czasu, inaczej was tu powystrzelam jak psy.
Tymczasem urzędnikowi zmięty arkusz, który trzyma w ręku, przypomina o funkcji wybawiciela. Na spisie wyłączonych z akcji pod adresem domu, gdzie się obecnie znajdują, figuruje nazwisko Rosenblum.
- Czy pan -woła ożywiony nagłą nadzieją -nie nazywa się Rosenblum?
- Nie -odpowiada tamten uradowany. -Ja się nazywam Rosenblau. To pomyłka. Państwo szukacie Rosenbluma. Tutaj nie ma takiego. Ja niewinny jestem. Całe życie podatki płaciłem. - Ale nie o to chodzi. Pod waszym numerem powinna mieszkać taka rodzina i ta jest wyłączona z akcji. Błagam pana, niech się pan na zywa Rosentolum.
- Czego pan chce ode mnie? Co ja panu zrobiłem? Ja się nazywam Rosenblau, a nie Rosenblum.
- Czyż pan nie rozumie, że jedyną szansą ratunku jest, żeby się pan tak właśnie nazywał? No, niech się pan przyzna.
- Panie - szuka tamten obrony u policjan ta - czego on chce ode mnie? Ja się nazywam Rosenblau, a nie...
- Rosenblum, czy Hosenblum - ryczy ten nieludzkim głosem - jazda! A ty - zwraca się do urzędnika - nie próbuj mi przekręcać tego, co napisane, bo...
Rodzina gotuje się do wymarszu. Matka drżącymi rękoma naciąga dzieciom Skarpetki, ojciec pakuje prowiant do plecaka. Sprawa jest już przesądzona i przedstawiciele władzy przestają się nią interesować. Policjant ukraiński otwiera szafę, wyciąga z niej tuzin chusteczek. Milicjant zagląda pod łóżko, znajduje tam buty, przymierza je, są dobre, siada na pościeli obok ubierających się dziewczynek, rozsznurowuje półbuciki i naciąga buty.
- Jak panu nie wstyd? - mówi urzędnik.
- At - odmachuje się ten gniewnie. - Daj mi pan spokój, panie Edku, ze swoimi morałami. I tak wszystko przepadnie. Przynajmniej w butach przed śmiercią pochodzą. A zresztą, to jest mój kuzyn i ja po nim dziedziczę.
Ogarek dogasa. Pełnia świeci prosto w okno.
Gdy wychodzą na ulicę, milicjant dotyka z zadowoleniem cholew butów. Policjant z zadowoleniem wyciera nos w czystą chusteczkę.
U wylotu ulicy czernieje grupa ludzi, po większana wciąż bocznymi dopływami. Obok statecznym krokiem spaceruje gestapowiec w towarzystwie szesnastoletniego Hitlerjunge.
- Ach, das ist eine saubere Arbeit (4) - za chwyca się chłopiec.
Edmund podchodzi do gestapowca, staje na baczność, podczas gdy milicjant przezornie się wycofuje.
- Herr Obersturmfuhrer - mówi po niemiecku - myśmy przez omyłkę wzięli ludzi, którzy w myśl rozkazu powinni być wyłączeni z akcji.
- Ach, tak. A to dlaczego? - uśmiecha się dobrodusznie gestapowiec.
- Bo oni się nazywają Rosenblau, a na liście było błędnie podane Rosenblum. A może odwrotnie: oni nie chcą się przyznać do nazwiska Rosenblum, bo myślą, że...
- Ach, to nie czyni najmniejszej różnicy: Rosenholz, czy Rosenklotz. Ha! Ha! To dobre, co? - zwraca się do chłopca. - No, stawać. Uwzględnimy to na miejscu przeznaczenia. A teraz jazda. Ty też - mówi łaskawie do Edmunda - ty też, kochanie. Za twoją praworządność...
Edmund staje posłusznie w gromadzie. Już się roztapia, już spadają zeń resztki osobowości. Żaden przyjaciel nie rozpozna już go teraz, talk podobnego do innych, tak bezimiennego. Myśli o matce, o siostrze. Myśli o pociągu, który go zawiezie w nowy, obłąkany świat. Nie słyszał jeszcze o krematoriach, o komorach gazowych: jest rok pański 1942. Przed nim zieje pustka, stworzona przez niewiedzę, zejście do niewyobrażalnych piekieł, po których snują się ludzie, już dawno umarli. Ostatni raz spogląda ku czerniejącym na świetlistym niebie wieżom kościołów i zarysom gór dalekich. Odwraca się i chwiejnym krokiem wstępuje do formującej się czwórki.
Orgia praworządności szaleje wciąż nad mia stem. Rodziny adwokatów oraz doktorów dowiedziawszy się o akcji pakują prowiant i jedną zmianę bielizny do plecaków i wychodzą lojalnie na punkt zborny. Plac targowy, pusty przed chwilą i ożywiony jedynie przez przemykające się bezszelestnie koty, zapełnia się maszerujący mi kolumnami. Ciemność staje się gwarna i tłoczna.
Jedyną niepraworządną istotą w mieście jest obecnie Fifi, mały rasowy pinczer, który wskutek posiadania nierasowego pana musi siedzieć pod podłogą w skrytce. Pan jego jest adwokatem, pani - adwokatową. Oprócz nich znajdu je się tam jeszcze czteroletnia Ada, bardzo zadowolona ze zmiany warunków mieszkanio wych, która, nie zwracając uwagi na przerażo ne gesty rodziców, rozkopuje łopatką ziemię w kąciku. Bawi się w skrytkę.
- Ale ty mnie nie zdradź - mówi szeptem do Fifi, grożąc mu palcem. Ale Fifi zgoła nie zamierza zachowywać się, jak na psa adwokackiego przystało, to znaczy siedzieć cicho lub też z milczącą godnością wyjść na punkt zborny, gdzie by go niewątpliwie wyreklamował jakiś dobroduszny esesowiec. Fifi zwęszył na ulicy kolegę. Jest nim nierasowy esesowski kundel, który biegnie za patrolem, znudzony bardzo pustką ulic i brakiem jakiejkolwiek godziwej rozrywki, jak na przykład szarpanie nogawic. Wściekłe ujadanie Fifi wywołuje słuszny lęk pana, który w celach zapobiegawczych ściska drżącymi palcami kosmate gardziołko. Fifi, jak każde stworzenie, umiera niechętnie. Drapie nóżkami pana w brzuch, usiłując równocześnie polizać go w twarz. Patrol esesowski przechodzi tymczasem, nie zwróciwszy uwagi na podziemne ujadanie. Fifi leży na kolanach mecenasa, charcząc i tocząc z pyszczka krwawą pianę. Panu teraz wstyd przed psem. Jakże mu spojrzeć w oczy po tym, co między nimi zaszło? I aby uniknąć wstydu, kończy rozpoczęte, choć teraz już niepotrzebne, dzieło. Psi trupek stygnie na kolanach z wywalonym chropawym językiem. Nierozumny! A mógł być psem esesowca.
Tymczasem przed opustoszałe domy zajeż dżają sprawnie rzędy samochodów, z których wyskakują dziarscy esesowcy. Jeden z nich zbliża się do dowodzącego kolumną gestapowca i podnosi prawą rękę:
- Hei'tler.
- Heftler.
- Potrzeba mi dziesięciu ludzi do ładowania mebli.
- Dobrze. Proszę wybierać.
Esesowiec podchodzi do kolumny, która auto matycznie zwraca się ku niemu frontem. W ręku szpicruta, wargi w ciup. Dziesięć machnięć, dziesięć gwizdnięć, dziesięciu ludzi występuje z szeregu.
- Gluckauf!(5) - woła życzliwie gestapowiec w ślad za Edmundem, który należy do dziesięciu wybranych.
- Na pierwsze piętro! Brać meble i ładować na auta!
- Tragarze, starając się nie patrzeć na rusza jącą kolumnę, biegną po schodach do opustoszałych pokoi, gdzie świecą się jeszcze nie zga szone lampy, otwierają szafy i stają na chwilę odurzeni zapachem naftaliny, olśnieni białym bogactwem obrusów, serwisów, sreber. Ale już z pierwszą wyrzuconą dnem do góry szufladą obojętnieją; już lecą na podłogę bez różnicy koszule, ubrania, zegarki; już brodzą ze złą radością w grubej warstwie tego, co niedawno było ludzkim życiem. Jakiś esesowiec wpada do pokoju: - Was gafft ihr? Los (6). - Zrywają się. Policzki mają wydęte od porwanych mimochodem z kuchni kostek cukru i kawałków masła. Biegiem znoszą po schodach meble, naczynia i pościel w takt komendy i spadających miarowo na ich plecy pałek. Starannie, aby czego nie uronić, składają każdy gatunek do bytku na specjalny samochód.
Edmund, który dźwiga wspólnie z tragarzem biurko, potyka się na zakręcie schodów i wypuszcza je z rąk. Słysząc łomot, esesowiec, oburzony marnotrawstwem dobra publicznego, dopada do tragarza, którego ma pod ręką i okładając go żwawo szpicrutą powtarza w formie nauki moralnej:
- Wir sind keine Bolschewisten, um Mobel kaputt zu machen (7).
- To ja zrobiłem - mówi lojalnie Edmund.
Przecisnąwszy się obok biurka, esesowiec przyskakuje do Edmunda. To, że ktoś wmieszał się w jego jurysdykcję, że śmiał dyskutować o słuszności jego uderzeń, przekracza dlań miarę wszelkich wykroczeń.
- Kogo bić należy, o tym decyduję ja, ty...
Świst szpicruty. Lecz Edmund czuje tylko pierwsze uderzenie. Krew, która rzuca się na tychmiast do ust, działa kojąco. Tylko wciąż bezbolesna burza nad głową i twarz esesowca we mgle z zagryzionymi wargami. Dojrzał krew; lewa ręka maca kaburę rewolweru: chce wykończyć. Wtem wzrok jego pada na biurko. A kto je doniesie na dół? Świst ustaje.
- Brać i nieść dalej!
Edmund chwyta nadłamane biurko i winduje je z trudem na samochód. Rozgląda się do koła: nikogo. Esesowcy zajęci są bobrowaniem po szafach. Miesiąc zaszedł. W ciemności szemrze granica wyklętego miasta, rzeczka. Na brzegu z lewa widać ognik. To jakiś policjant pali papierosa. Ominąć go, przebrnąć przez. wodę. a tam, po drugiej stronie - zboża, drzewa, proste domy w powodzi sadów, przyjaciele - świat.
Na ulicy Ogrodowej jest willa pod blachą. skryta wśród jabłoni, na których pęcznieją już zalążki owoców. Wschodzące słońce napełnia okna różami i fioletem. Lecz jej wnętrze dalekie jest sielanki. Pani domu, leciwa, lecz wciąż jeszcze fertyczna radczyni, nie uczesana, w szlafroku w kwiatki, z papierosem w ustach, biega tu i tam po pokoju. W kącie stoi z opuszczonymi rękoma młody czarnowłosy mężczyzna.
- Nie, tak dłużej być nie może. Ani chwili dłużej.
- Ależ, droga pani, przecież to biały dzień. Gdybym był wiedział godzinę temu, zaraz kiedy przyszedłem. Jakże ja teraz wyjdę i dokąd?
- A skądże ja mam wiedzieć, dokąd pan wyjdzie? Ja przecież nie mogę myśleć, a tym bardziej ginąć za kogoś. Gdybym wiedziała dawniej, że pan bez uwagi na mój spokój będzie nas nawiedzał po nocach, nigdy bym nie po zwoliła Romkowi przyjaźnić się z panem.
- Ale dlaczego ginąć? Dlaczego zaraz ginąć? Przecież tu nikt nie chodzi. Ta ulica jest bezpieczna. - Właśnie dlatego tutaj będą najbardziej szukać. A zwłaszcza w moim domu. Do mego domu przyjdą... Policja... Do mego domu... Strzelili... Pan słyszy?
- Ależ, droga pani, ja przecież przyszedłem parę dni temu zapytać, czy podczas akcji nie mógłbym być u państwa. Pani się zgodziła...
- Cóż z tego, że się zgodziłam? Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że będą szukać na tej właśnie ulicy.
- Ależ tu nikt nie szuka.
- Nie szukają, to będą szukać. Zobaczy pan. Radczyni spogląda na czarnowłosego mężczyznę i na widok jego pokiereszowanej twarzy ogarnia ją nagłe współczucie. Jest przecież kobietą. - Dobrze już, dobrze. Ale pan nic nie jadł. Zaraz panu przyniosę.
- Nie, nie, dziękuję.
- Ale zje pan, koniecznie pan zje. Wybiega do kuchni i przynosi pełny talerz wczorajszych pierogów. Po chwili przypomina sobie, że nie wypada podawać bez nakrycia, otwiera szafę, wyjmuje obrus i zaściela stół.
Czarnowłosy mężczyzna wie, że powinien odmówić. Należy być dumnym. Ale przede wszystkim jest bardzo głodny. Więc siada i je.
Pani domu przygląda mu się z niekłamanym zadowoleniem.
- Dobre, co? Sama gotowałam. Niech pan je, niech pan. się dobrze naje. Nie wiadomo, gdzie pan dziś wieczorem będzie jadł. Może pan jeszcze pozwoli? Pierogów pan już z pewnością nie zobaczy. Niech pan je, niech pan je.
Wybiega do kuchni po drugi talerz. Z sypialni wysuwa się nie uczesana, bez przedziałka, głowa Romka. Jest to syn radczyni, przed wojną sceptyk bez wąsów, dziś mistyk z wąsami.
- A co ty tu robisz? Czemuś taki pokrwawiony?
- Nie słyszysz, jak strzelają? Akcja - Akcja? - Romek blednie nieco. - Akcja? I jakżeś ty się tutaj dostał?
Dużo by gadać. Uciekłem im z rąk, prze szedłem przez rzeczkę, a potem zbożem - aż tutaj. Przecież umówiliśmy się, że w razie akcji przyjdę do ciebie.
No tak, ale... No i co?
- Odejść stąd? Nigdy, póki ja tu jestem. Nie na to jadaliśmy tyle lat ze wspólnej misy. Co mama wyprawia? Jak mama śmie wypędzać Edka?
- Śmie? Jak się ty wyrażasz do matki, która cię własnym mlekiem wykarmiła? Tyle dni, tyle nocy nie przespanych po to, żeby własny syn mówił teraz do mnie "śmie". Całe życie ci oddałam. I za to nagroda "śmie". O, nie mogę, nie mogę.
Zanosi się płaczem i pada na łóżko, to zna czy mdleje. Syn rzuca się, by ją ocucić. Gdy wreszcie matka otwiera oczy i zapala papierosa, wyprowadza dyplomatycznie przyjaciela do drugiego pokoju.
- Słuchaj, Edziu, musimy znaleźć jakieś wyjście. Wiesz piecież, matka... Mnie jednego ma. I ta ulica jest niebezpieczna. Tu ciągle chodzą patrole. Musimy coś uradzić. Najlepiej, gdybyś poszedł na stryszek do komórki. Tylko prawda, że tam mieszka praczka i wszystko będzie słyszeć. Albo - mam świetny pomysł. Pójdziesz na strych do nas. Tylko prawda, że mama nosi zawsze klucze przy sobie. Najlepiej byłoby, gdybyś wszedł po prostu do szafy, a ja bym cię zamknął na klucz. Tylko prawda, że mama otwiera szafę dziesięć razy na dzień. Zastanówmy się, zastanówmy się. Chwileczkę. Wiesz co? Może byś po prostu wyszedł stąd nieznacznie, tak aby nikt nie zauważył, skąd wychodzisz. Masz tylu przyjaciół. Tędy teraz nikt nie chodzi.
- Przecie sam mówiłeś, że tu chodzą patrole.
- Mówiłem, że będą chodzić. Na razie jest spokojnie. Ja rozumiem, że to przykre, ale... Muszę mieć wzgląd na matkę. Ją jedną tylko mam. Jej życie jest mi droższe ponad wszystko. Cóż zresztą warte jest to nasze życie? Przecież nieraz ironizowaliśmy na ten temat, pamię tasz? Vanitas vanitatum itd. A zresztą możesz się śmiać ze mnie, ja teraz wierzę w Boga, a jeżeli nie w Boga, to w jakąś siłę wyższą. Ja wiem, że dla ciebie w obecnym położeniu jest to niepojęte, ale Bóg nie wgląda w drobne nie sprawiedliwości świata. On kieruje całością. Patrz, jaki świat jest piękny. Kwiaty pachną, ptaki śpiewają, słońce świeci. Czyż to możliwe, aby wszystko to było dziełem przypadku? Popatrz na tę rosę na liściach, na gąsienicę na drzewie. Nie, Bóg jest i trzeba się poddać jego wyrokom. A zresztą, spodziewam się, że dasz sobie jakoś radę.
Romek wychodzi z pokoju, by dokończyć cucenia matki. Poza tym musi się ogolić, na pudrować i naperfumować, gdyż na dziesiątą jest umówiony z córką aptekarza, sympatycz ną blondynką.
Z sąsiedniego podwórza wychodzi kobieta z dzieckiem na ręku.
Za nią patrol.Znacznie niższy poziom kulturalny niż w willi pod blachą panuje w sąsiednim domku pod gontami, gdzie obok mieszkania znajdują się zabudowania gospodarskie: oficyna, stajenka, stodoła. Na podwórzu bróg zbożowy z wetkniętymi widłami i żuraw studzienny. Gospodarz, znajdujący się obecnie na strychu nad oficyną, mówi szeptem do kogoś niewidzialnego:
- Czegóż się, do cholery jasnej, słomą lepiej nie zakryjecie? Tu jeszcze jeden snopek - i tutaj... Za dwie godziny jużeście całą słomę wygniotły. Wyście nawet nie słyszały, co się tu działo w nocy. Przelazła przez płot na moje
obejście jakaś zmora. Niby ta adwokatową, co dawniej koło nas mieszkała, z dziewczynką, tą małą Adą. I żeby prosto do mnie, a to najpierw musiała zajść do Mielniczkowej, tej jędzy, i do wolowatej Strzelbickiej.
- I co pan zrobił? - niebieskie oko wyziera spoza snopów.
- A co miałem zrobić? Wyrzucić na pewną śmierć czy co? Zamknąłem w oficynie, niech se siedzi, póki co. Tylko na miłość boską, leżcie cicho, żeby tamta was nie słyszała, bo nigdy nic nie wiadomo. A pani niech nie płacze za synem, bo to słychać na dole. Pani Edek też tutaj trafi, zobaczy pani.
- A pan się nie boi? - pyta głosik córki spod słomy.
- A co bym się nie bał? Ty byś się nie bała, gdybyś miała taką biedę na głowie? Dwie na górze, dwie na dole, dopust boży. Czekajcie, zaraz wam mleka...
Z dołu od studni rozlega się gęsty, jak turkot wozu, jazgot babi. To jędza Mielniezkowa i wolowata Strzelbicka roztrząsają zajścia ostatniej nocy.
- Ażeby pani łaskawa wiedziała, że u mnie też była. Akurat mój stary wrócił zalany, a ja do niego: "Co ty, golibrodo zakazany, sumienia nie masz, żeby ślubną żonę na śmiech ludzki wystawiać", a on do mnie: "Za swoje piję, nie za cudze", a ja do niego z miotłą, a tu słyszę: ktoś puka do drzwi. Otwieram, stoi ta z dzieckiem, powiada, że ich ze skrytki z mężem wzięli, że męża zabili, a ona z dzieckiem uciekła. I pomyśl pani, pyta, czybym jej nie przenocowała. Wielki gwałt - mówię - że ci męża zabili. Mnie by mojego zabili i anibym pacierza nie zmówiła po pijaku zatraconym. Wont - mówię - wont! I ani mi się na oczy pokazuj! I co z tego, że ty adwokatową? I ja bym adwokatową była, jak bym szkoły miała. Idźże se -mówię - na cztery wiatry, pókim dobra. A co, a co jej pani łaskawa powiedziała?
- Nic nie powiedziałam, tylko mówię: "To ty sumienia nie masz ludzi po nocy napastować? Ja cały dzień ciężko haruję, na targ wynoszę sprzedawać, a ty mi jeszcze spać nie dasz?
- I poszła?
- Poszła.
- A gdzież ona mogła pójść? Ha?
- A gdzieżby, jak nie do tego farmazona pod bokiem? Patrzałam za nią i wszystko widziałam. Przelazła bez płot na jego podwórze.
- A gdzież się ona podziała? Na podwórzu jej nie ma.
A co by miała być na podwórzu, kiedy on sam do niej wyszedł i jeszcze ją niby jaką panią do oficyny zaprowadził? Farmazon, Boga się nie boi, na mszę świętą nie chodzi. Sama widziałam.
- A ja widziałam, jak niósł garnek mleka do oficyny.
- No, i widzi pani, widzi pani.
- Pewnie mu już za to mleko parę tysiączków wybuliła.
- I na co im tyle pieniędzy? Mało to mają? Krowę, konia, świniaka nie kolczykowatnego. Wiadomo, kto ma, temu zawsze przybywa. Nie bój się pani, porządnym ludziom się taka okazja nie trafi.
Z okien wychylają się rozczochrane ze snu głowy kobiet, zbudzonych donośną i interesującą rozmową. Z przeciwka wygląda policjantowa, której mąż pełni właśnie służbę.
W oficynie kobieta tuli dziecko do piersi.
Na strychu gospodarz zasypuje gorączkowo kogoś snopkami, zeskakuje i wybiega na podwórze. Widzi przechodzący ulicą patrol niemiecki. Słyszeli, czy nie słyszeli? Jeśli słyszeli, zginie on z żoną i dziećmi, dwie kobiety na górze, kobieta z dzieckiem na dole. Jeżeli nie... tak czy owak zginą. Pogłoska rozejdzie się migiem po ulicy. Z przeciwka wygląda policjantów a. Uśmiecha się, ścierwo! Za godzinę będzie rewizja. A Mielniczkowa patrzy w ślad za odchodzącymi Niemcami, zastanawia się, czyby nie pobiec za nimi.
Wchodzi do mieszkania. Żona, już ubrana, wita go przerażonym spojrzeniem. Dzieci jeszcze śpią.
- Zginiemy wszyscy przez ciebie.
- Idź do krowy. Słyszysz, jak ryczy? Chce się doić.
- Ale, Janku, słyszałeś, co jędza z wolowatą mówiły? Mielniczkowa już gdzieś pobiegła.
- Do krowy idź - mówi Jan takim głosem, że żona czym prędzej bierze skopiec i wychodzi do stajni.
Po chwili Jan jest znowu na podwórzu. Już odzyskał spokój. Wspina się na stryszek.
- Leżcie teraz cicho i ani mru- mru. Tu będzie policja za chwilę.
- Policja? Nie trzeba. My same się zgłosimy i powiemy, żeśmy tu przyszły bez waszej wiedzy.
- Do cholery z zawracaniem głowy. Leżcie cicho.
Jan zeskakuje. Po pięciu minutach wraca z esesowcami, którym tłumaczy coś, gestykulując zawzięcie:
- Hier... bei mir... Frau mit Kind. Kommen...in Nacht. Wollen melden, nicht konnen. Jetzt melden... in der oficyna...(8)
Kobiety na strychu słyszą pod sobą stuk butów, czyjś szloch i westchnienia, głosy: "Raus raus, aber prenko; sonst schiess ich (9). Drzwi zatrzasnęły się. Skrzypnęła furtka. Wiatr bije gałęzią jabłoni o> dachówki. Nagle słychać głos "Halt". Pada strzał. Znowu cisza.
Wtem wzdrygają się. Szelest słomy. Esesowcy. Nie, to Jan zziajany, z żyłami napęczniałymi na skroniach.
- Odkryjcie się trochę, żebyście się nie zadusiły. Wydałem tamtą, żeby ratować resztę. Powiedziałem Niemcom, że ją wziąłem na- umyślnie do oficynki, żeby ją wydać. Jeszcze pożegnała się ze mną. Nie wiedziała, że to ją... Trudno, taki czas. Ot, teraz jeszcze jednego zabili pod moim domem. - Wychodził z drugiego podwórza. At - macha ręką - było nie było. Lepiej, żeby dwie, niż wszyscy. Trzeba ratować, co się da. Czekajcie, zaraz wam mleka przyniosę.
Jest już godzina dziesiąta i słońce praży z wysoka. Noc praworządności dawno minęła. Naładowane pociągi mkną na północ. Na placu targowym stoi samotny człowiek w nowych butach, w milicjanckiej czapce, wodzi oczyma dokoła, widzi okna rozbite, drzwi wywalone, wreszcie wyciąga z kieszeni coś błyszczącego, przechyla do ust i ciągnie długo, długo. Pani radczyni, spacerując po ogrodzie, zrywa pomidory na obiad. W parku na ławce siedzi Romek u boku blondynki i czyta jej swoje utwory.
- Jan wychodzi w pole na żniwa.


(1) Gdzie jest Fucek?
(2) Fucek jest w obozie pracy.
(3) Ulica... taka i taka... Wszyscy z wyjątkiem...
(4) Ależ to świetna robota !
(5) Powodzenia.
(6) Czego się gapicie? Jazda!
(7) Nie jesteśmy bolszewikami, aby niszczyć meble.
(8) Tu... u mnie... kobieta z dzieckiem... Przyszły w nocy... Chciałem donieść, nie mogłem... Teraz melduję... w oficynie...
(9) Jazda! Jazda! Ale prędko, bo strzelam